Wilno

W dniach 01 - 03.05.2010 miał miejsce w miarę spontaniczny wyjazd do Wilna. Wyjazd miał stanowić rozgrzewkę przed letnią podróżą na południe Europy. Pogoda dopisała, trasa przyjemna o łącznej długości około 1200 km. maps.google.pl/m aps/ms

Planowanie wyjazdu zaczeliśmy od rezerwacji hotelu za pośrednictwem portalu www.booking.com i właściwie na tym zakończyliśmy. Mieliśmy zarezerwowany hotel za naprawdę przyzwoite pieniądze i jak się później okazało w zupełnie dobrym standardzie www.karolina.lt

Do rzeczy. Jadąc w tamtą stronę postanowiliśmy pojechać najpierw drogami lokalnymi. Zjerzdrzając za Toruniem z drogi krajowej nr 10 na drogę nr 569 i dalej za Golubiem Dobrzyniem drogą nr 534. W Golubiu nie zatrzymywaliśmy się - choć dla osób, które tu nie były warto to zrobić i zobaczyć średniowieczny zamek krzyżacki przebudowany przez Annę Wazównę. Od Rypina do Mławy droga 563 i dalej do Ostródy 544. Zaletą tego odcinaka było to, iż właściwie nie mieliśmy do czynienia z TIR-ami i zbyt dużym ruchem. Nie mniej jednak jakość drogi, ciągniki i różnego rodzaju inni lokalni użytkownicy dróg sprawili, iż wiedzieliśmy, że tędy wracać nie będziemy. Od Ostródy drogą krajową 61 dotarliśmy do Augustowa, a następnie po kilkunastu minutach jazdy drogą nr 16 znaleźliśmy się na granicy. Podkreślić trzeba, iż podróż od Ostródy do Augustowa to ciągłe wyprzedzanie TIR-ów - z reguły litewskich. Droga od Augustowa do granicy to bardzo fajny odcinek z umiarkowanym ruchem. Od granicy inny świat. Drogi stare, ale nie zajeżdżone. Ruch jak u nas w latch siedemdziesiątych. Po kilkunastu minutach, jazda na długich prostych odcinkach zaczęła nas nudzić. Jedyny fakt wart odnotowania to jazda za dwoma ryczącymi customami w okolicach Alytus. Do Wilna dotarliśmy wczesnym wieczorem, także zdołaliśmy jeszcze zrobić rekonesans.

Kolejny dzień naszej wyprawy to pobyt w samym Wilnie. Nie jeździliśmy motocyklami ponieważ uznaliśmy, że to co ciekawe jest w niewielkich odległościach i lepiej bedzie poruszać się pieszo (niewatpliwą korzyścią takiego sposobu poruszania się jest to, że można napić się piwka). Dodatkową atrakcją tego dnia były obchody "Dni Muzyki w Wilnie" - tak to się chyba nazywało. Impreza polegała na tym, że właściwie na każdym kroku stali jacyś muzycy i koncertowali. Począwszy od pojedynczych grajków - często spotykanych w miastach poprzez różnego rodzaju folkrol, a kończąc na rockowych kapelach porozstawianych na ulicach i skwerach z całym sprzętem nagłaśniającym. W imprezie fajne było to, że grał kto chciał, co chciał i gdzie chciał i nikt tym nie kierował.

Następnego dnia pojechaliśmy na cmentarz na Rosie (pomocnie we wskazaniu drogi byli miejscowi policjanci). Trzeba przyznać, że cmentarze jakoś nie wzbudzały nigdy naszego zainteresowania, ale ten robi wrażenie kiedy się czyta nazwiska pochowanych tam ludzi. Po wizycie na Rosie pojechaliśmy do Trok. Zamek ten ponoć jest nieco mniejszą kopią zamku w Malborku. Swój urok ma zarówno miejsce w jakim jest położony jak i sam zamek. Podczas zwiedzania zamku zaczął padać deszcz, chmury nie wygladały obiecująco więc pogodziliśmy się z faktem, że będziemy wracać zmoknięci. Jednak po kilku kilometrach deszcz przestał padać, a po kilkunastu droga była już sucha. Wracając kirowaliśmy się na miasto Alytus inną drogą jadąc w kierunku Kowna następnie do Augustowa, gdzie nad jeziorem zjedliśmy rybkę i później drogą nr 61 do Różan, dalej drogą nr 60 do Drobina i  "dziesiątką"  pod wieczór byliśmy w domu.

Z uwagi, iż od czasu wyjazdu minęło sporo czasu trudno podać nam ceny w restauracjach, barach itp. Można powiedzieć, że wahały się w granicach takich jakie obowiązują np. w Toruniu czy Bydgoszcz, są niższe niż w największych polskich miastach.

Jurata

Mapa trasy: maps.google.pl/maps/ms

Sekcja Motocyklowa przy Kujawsko-Pomorskiej Grupie IPA powstała jesienią 2011r, u schyłku sezonu dla jednośladów, dlatego już w pierwszym kwartale postanowiliśmy zorganizować wspólny wypad na weekend. Pomysł padł na Półwysep Helski, wraz z miejscami, które warto zobaczyć po drodze. Ustaliliśmy termin 12-13 maja 2012. 

Zbiórkę do wyjazdu zorganizowaliśmy w Bydgoszczy i o godz. 10:00 ruszyliśmy kolumną 12 motocykli. Z pogodą szału nie było, ale najważniejsze, że nie padało. Za obwodnicą Świecia dołączyli do nas koledzy oczekujący na stacji we Wiągu. Wspólnie obrany kierunek – Zamek Krzyżacki w Gniewie. Pod zamkiem meldujemy się w samo południe. Gorąca kawa i żurek na rozgrzewkę i ruszamy zwiedzać krzyżacką twierdzę. Wielu z nas o zamku słyszało, lecz tylko nieliczni zwiedzili jego dziedzińce i komnaty. W sumie pobyt w Gniewie zajął nam nieco ponad dwie godziny. Następny cel – gdańska Starówka.

Do stolicy Pomorza docieramy ok. 16-tej. Parkujemy w pobliżu Starówki i rozchodzimy się w mniejszych grupach, w zależności od upodobań. Zauważamy, że o dziwo - gdańska Starówka nie jest obwieszona bannerami na Euro 2012. 

Szybka zbiórka i opuszczamy miasto - gospodarza na Euro 2012, udając się do Juraty. Zjeżdżamy z obwodnicy i jedziemy mniej uczęszczanymi drogami, przez liściaste lasy z soczystą majową zielenią. Jazda przez Półwysep Helski to dla nas trudna przeprawa, gdyż wiejący znad morza silny wiatr sprawia, że wielu z nas jedzie dosłownie bokiem. 

Do naszego ośrodka w Juracie docieramy ok. 18:30, a o 19:00 czeka już na nas kolacja. Spotykamy się więc w komplecie przy biesiadnym stole i grillu. Na miejscu czekają na nas koleżanki i koledzy, którzy przyjechali tu już w piątek (jest nas w sumie 19 osób). Tym samym sobotni wieczór spędzamy na motocyklowych opowieściach.

Po śniadaniu w niedzielę, na placu na terenie ośrodka organizujemy sobie turniej w toczeniu beczki po piwie motocyklem, jazdę slalomem z okularami dającymi efekt jazdy po alkoholu i najwolniejszy przejazd.

Konkurs wygrywa Marcin. Po konkursowych zmaganiach idziemy na plażę, a następnie na molo spędzając w ten sposób czas do obiadu.

Po obiedzie o 14:00 wyjeżdżamy z Juraty i lokalnymi drogami jedziemy na Kaszuby, a konkretnie do Szymbarku, gdzie jesteśmy ok. 16-tej. Zwiedzanie Odwróconego Domu, miejsca poświęconego Sybirakom i innych miejscowych atrakcji zajmuje nam do późnego popołudnia. Tam dzielimy się na dwie grupy. Jedna jedzie w kierunku Torunia, Włocławka i Rypina, druga zaś w kierunku Bydgoszczy przez Brusy i Tucholę. Wszyscy docieramy do domów cali i zdrowi, chociaż niektórzy z nas wylądowali w domu grubo po 21-szej.

Mimo czasami kapryśnej pogody cała ekipa jest zadowolona z wyjazdu. Wszyscy deklarują chęć wyjazdu na kolejną eskapadę, którą planujemy na początku września – tym razem w góry.

Kamianna

Beskid Sądecki

Już w trakcie majowego wyjazdu nad morze stwierdziliśmy, że po wakacjach pora jechać w góry. Piękna wrześniowa pogoda spełniała w pełni nasze oczekiwania. Od kolegów ze Straży Granicznej dostaliśmy namiar na miejscowość Kamianna pow. nowosądecki i Hotel „Pasieka-Barć”.

Szybka rezerwacja i tak samo szybkie przygotowania do wyjazdu. Ponieważ poznaliśmy się już na pierwszej eskapadzie - nie robimy żadnego spotkania organizacyjnego. Krótka wymiana informacji na telefon i już wiadomo, że będzie kroił się fajny wyjazd.

Wyjeżdżamy w piątek rano spod KWP, po drodze dołączają do nas koledzy w Toruniu i we Włocławku. Razem jest nas 10 osób i tyle samo motocykli. Jedziemy krajową jedynką do Łodzi, potem skręcamy na Piotrków, Kielce i Busko Zdrój. I tu się zaczęły atrakcje, albowiem AutoMapą prowadził nas Krzysztof Hołowczyc. Zjechaliśmy na drogę wojewódzką chcąc ominąć Tarnów i Nowy Sącz. Za Nowym Korczynem po prostu skończyła się droga. Jeden z nas pojechał na zwiad i zauważył, że przez Wisłę prowadzi mały prom, który zmieścił tylko nasze motocykle. Poza tym stan małopolskich dróg wojewódzkich pozostawia wiele do życzenia- mieliśmy do drodze kilka odcinków specjalnych.

Za Tarnowem rozpoczął się typowo górzysty krajobraz. Przejeżdżając przez małe wsie budziliśmy spore zainteresowanie, łącznie z tym, że w jednej z wiosek od hałasu naszych motocykli zerwały się konie. Niekiedy droga była tak wąska, że nie mógł się na niej wyminąć samochód osobowy z motocyklem. 

Przed godziną 20-stą jesteśmy na miejscu. Czeka na nas kolacja i zapoznajemy się ofertą naszych gospodarzy. Nocleg mamy w typowej górskiej pasiece i kosztujemy miodu pod różną postacią.

W sobotę po śniadaniu wyruszamy zwiedzać okolicę. Zatrzymujemy się z Krynicy i spacerujemy po tamtejszych „Krupówkach”, odwiedzamy park zdrojowy. Następnie krętymi górskimi drogami wjeżdżamy przez Muszynę na Słowację, gdzie kierujemy się na zamek w Starej Lubovńe. Niespotykane widoki z zamkowego wzgórza i samego zamku dają okazję do robienia fotek. Dzięki umiejętnościom negocjacji jednego z naszych kolegów udaje nam się wejść na bilety ulgowe.

Podczas wizyty na Słowacji mamy okazję pokosztować regionalnej kuchni jedząc w drewnianej Kolibie (w wolnym tłumaczeniu: chacie). Jedynym mankamentem wizyty u naszych południowych były wyższe ceny paliwa 1,61 euro czyli 6,7 zł po kursie euro w tym dniu. Następnie wracamy na ziemię sądecką, gdzie zatrzymujemy się na rynku w Piwnicznej na mały deser z lodami. 

W naszym miejscu zakwaterowania czeka nas uroczysta kolacja z miejscowymi specjałami. Największe powodzenie ma półmisek z rydzami no i oczywiście miodek. Dzielenie się wrażeniami zajmuje nam czas do późnego wieczora.

Żal było wyjeżdżać, ale niestety w niedzielę po śniadanku musieliśmy startować do domów. Tym razem jedziemy w stronę Krakowa i wbijamy się w krajową jedynkę, którą jedziemy aż do Torunia. Po drodze robimy oczywiście kilka przystanków na jedzenie, odpoczynek i tankowanie, jednak droga biegnie zdecydowanie szybciej.

Rozjeżdżamy się we Włocławku, w kierunku na Toruń, Rypin, Świecie i Bydgoszcz. W sumie średnio każdemu z nas pękło przez ten weekend ok.1400 km. Wszyscy jednak w bardzo dobrych nastrojach. Następny wyjazd planujemy na Mazury, w maju 2013.