Second Grand Tour - Grecja 2010

Nasza drugi poważny wyjazd miał miejsce w dniach 29 sierpień – 11 wrzesień 2010 roku. Po ubiegłorocznych doświadczeniach uznaliśmy, że najlepszy plan to brak planu. Mieliśmy tylko sprecyzowany cel podróży – Grecja. Uwzględnialiśmy wizytę w Salonikach, chcieliśmy zobaczyć Meteory i z całą pewnością Ateny. Opcjonalnie w zależności od rozwoju sytuacji chcieliśmy objechać Peloponez lub Kretę.

Wyjazd nastąpił w niedzielę rano 29 sierpnia z miejscowości Staszów w woj. świętokrzyskim. Pomimo złej pogody we wcześniejszych dniach niedzielny poranek był słoneczny, a warunki do jazdy idealne. Nasz niepokój wzbudzała jedynie ołowiana chmura, która całą drogę do Tarnowa goniła nas od północnego zachodu. Za Tarnowem pojechaliśmy w kierunku Nowego Sącza drogą nr 975. Po kilkunastu kilometrach okazało się, ze droga ta jest jednym wielkim objazdem. Popowodziowe szkody z 2007 roku (szczególnie w okolicach Jeziora Rożnowskiego) nie zostały usunięte i w wielu miejscach droga była zamknięta. Wprawdzie objazdy prowadziły malowniczymi dróżkami naszpikowanymi fajnymi winklami na podjazdach i zjazdach co było dodatkowa atrakcją, ale po tym odcinku odnotowaliśmy już opóźnienie w naszym marszu. W Piwnicznej – Zdrój w towarzystwie strażaków wystrojonych w galowe mundury zjedliśmy obiad i ruszyliśmy w kierunku Słowacji. Granicę przekroczyliśmy w Mniszku nad Popradem i dalej przez Poprad i Koszyce bez żadnych przygód dotarliśmy do granicy Słowacko – Węgierskiej. Tu zdecydowaliśmy, ze jedziemy przez Miszkolc w kierunku Budapesztu, gdzie trzeba będzie rozejrzeć się za noclegiem. Po minięciu Miszkolca wjechaliśmy na autostradę M 30 następnie M3 i zanim się obejrzeliśmy byliśmy w okolicach Budapesztu. Budapeszt nie brany pod uwagę jako punkt wyjazdu więc objechaliśmy go obwodnicą M0 i dalej drogą M5 kierowaliśmy się na południe. Po zjechaniu z obwodnicy nie nakręciliśmy już wielu kilometrów, a nocleg znaleźliśmy w dość czystym i przyjemnym motelu „Nautilus” (brak bliższych danych). Trzeba jeszcze dodać, iż na Węgrzech doznaliśmy pierwszego szoku cenowego jeśli chodzi o paliwo – wyszło jakoś 1,60 € za litr. Po śniadaniu droga M5 doprowadziła nas do granicy z Serbią, gdzie przechodzi w drogę nr 22 stanowiącą jedną wielką budowę z tumanami kurzu, który dostawał się wszędzie. Na jednym z postojów stwierdziliśmy, że zajrzymy do Belgradu. I to był błąd. Gdybyśmy tam wjechali samochodem to chyba trzeba by było dwóch dni żeby wyjechać. Korki dramatyczne, oznakowanie fatalne. Taksówkarz, który jechał w kierunku starego miasta pokazał nam drogę i tylko dlatego mogliśmy zobaczyć tę część Belgradu. Jadąc jedną z głównych arterii miasta niesamowite wrażenie robią olbrzymie budynki, wyglądające jakby zostały przeniesione z czasów działań wojennych. Po wizycie w Belgradzie kierowaliśmy się dalej na południe. Późnym popołudniem zaskoczył nas lekki deszczyk, a można powiedzieć, że i zmrok ponieważ od czasu kiedy zaczęliśmy się rozglądać za noclegiem minęło wiele kilometrów i czasu. Infrastruktura motelowo – hotelowa nie jest najmocniejszą stroną Serbii. W końcu znaleźliśmy hotel, który chyba był luksusowy na początku lat siedemdziesiątych. Przed hotelem na trawnikach koczowało kilkadziesiąt osób różnej narodowości. Nie mieliśmy za bardzo wyjścia i wzieliśmy 2 pokoje. Masakra! Zważywszy że cena była dość wysoka -27 €. Deszcz padał całą noc, gdy ruszaliśmy w dalszą drogę było pochmurno, ale nie padało co nie oznacza, że nas już nie zmoczyło. Do Macedonii kilka razy jechaliśmy w deszczu. Trzeba powiedzieć, że w porównaniu z rokiem ubiegłym pogoda nas nie rozpieszczała.
Północna granica Macedonii przywitała nas słońcem, ale i problemem w postaci uszczuplenia budżetu o 50 €. W jednym motocyklu brakowało tzw. zielonej karty i trzeba było wykupić – cena kosmiczna. Ten sam problem mieliśmy w Turcji, ale tam kosztował 14 €. W miarę posuwania się na południe robiło się coraz cieplej. Podczas obiadu gdzieś w połowie Macedonii było już komfortowo. Tego popołudnia dotarliśmy do Grecji i po doświadczeniach belgradzkich rezygnując z wizyty w Salonikach dotarliśmy do Katerini położonej pomiędzy masywem Olimpu, a morzem Egejskim. Na noc zakotwiczyliśmy w miejscowości Paralia położonej nad samym morzem, gdzie z plaży rozciąga się widok na masyw Olimpu. Tu zostaliśmy zaskoczeni cenami noclegów In plus. Za nocleg w odległości 50 m od plaży - wprawdzie bez śniadania - zapłaciliśmy po 10 €.

dsc_0111.jpg

Kolejny dzień do jazda drogą nr 1 do Larissy i stamtąd drogą nr 6 do Kalambaki miejscowości położonej u podnóża Meteorów. Jazda „szóstką” do złudzenia przypomina kadry z amerykańskich filmów drogi – wokół pustka i proste odcinki, zakręty są wyjątkową rzadkością, a ruch tak zamarły jak wszelkie porzucone inwestycje drogowe. Po dwóch dniach jazdy przez Grecję nabraliśmy pewności, że jest to kraj dla motocyklistów. Samochody ustępowały nam miejsca nawet na prostych pustych odcinkach drogi. Jeszcze przed południem byliśmy przy Meteorach. Intuicyjnie, ale szybko znaleźliśmy drogę, która prowadzi na szczyt tych cudacznych gór i zajechaliśmy przed klasztor, którego część udostępniona jest dla zwiedzających. Po zwiedzaniu klasztorów obiadek i kierunek Ateny. Kawałek wróciliśmy „szóstką” i dalej drogą nr 3 do autostrady nr 1. Do Aten dotarliśmy już po zmroku po czym jakieś dwie godziny w poszukiwaniu noclegu w przyzwoitej cenie i spać.
Podczas porannej narady zapadła decyzja, że jesteśmy w stanie zobaczyć Akropol, kawałek Aten w okolicy Akropolu i kupujemy bilety na Kretę. Jeżdżąc po Atenach już kompletnie byliśmy przekonani jakie jest miejsce motocyklistów w hierarchii ulicznej – są najważniejsi. Do tego jeszcze dwóch użytkowników skuterów poświęcając swój czas zaprowadzili nas: jeden na Akropol jeżdżąc z nami po Atenach chyba z pół godziny, a drugi do portu w Pireusie skąd odpływają promy. Zobaczyliśmy trochę Aten, zjedli wyśmienity obiad w restauracji, gdzie mogliśmy posłuchać trochę o Grekach i życiu w Atenach (kelnerką była Polka) i wieczorem zameldowaliśmy się na promie do Iraklio. Po wylądowaniu na wyspie kolejna narada co robimy. Padło hasło Rodos – prom za dwa dni. Na stacji benzynowej znów spotkaliśmy się z uprzejmością Greków. Obsługa dała mapę, wodę i kawę. Opowiedzieli, gdzie wyspa przesiąknięta jest komercją, a gdzie warto jechać. Posłuchaliśmy gościa i warto było. Tak przy okazji benzyna była po 1,60 €, a z tego co mówili Grecy rok wcześniej po 0,80 € - to się nazywa podwyżka. Kierując się wskazaniami pojechaliśmy na południowe wybrzeże wyspy.Lentas Na mapie wyglądało to na żabi skok jednak podróż zajęła nam około 4 godzin. Po kilkunastu kilometrach jazdy zaczęły się góry z solidnymi winklami, a do tego w pewnym momencie skończyła się droga asfaltowa. Dotarliśmy do Lentas położonego około 20 km na wschód w linii prostej od najbardziej wysuniętego na południe cypla Krety. Miejscowość Lentas to kilkadziesiąt domów do wynajęcia i kilka restauracji.

dsc_0178.jpg

a miejscu poznaliśmy jednego z właścicieli restauracji www.lions-bar-lentas.com , który jak się okazało jeździ GS-em. Załatwił nam zakwaterowanie www.studios-gaitani.gr w bardzo przyzwoitej cenie 50 € za czterech i zaprosił do swojego baru na wieczór. Mimo, iż zajechaliśmy do chyba najdalszego i najmniej uczęszczanego zakątka Krety to i tak spotkaliśmy polska rodzinę z Buska Zdroju, a co ciekawe okazało się, że mamy nawet wspólnych znajomych. Dwa pełne dni odpoczynku na gorącym wybrzeżu z ciepłym morzem dobrze nam zrobiło. Choć miejscowi mówili, ze się ochłodziło już – było raptem 32 – 35 stopni.

dsc_0216.jpg

Po dwóch dniach pobytu znów zameldowaliśmy się na promie i płynęliśmy na Rodos. Podjęliśmy ryzyko powrotu przez Turcję. Ryzyko dlatego, że nikt nie był w stanie nam powiedzieć czy z Rodos z motocyklami przeprawimy się do Turcji. W ogóle jak Grecy słyszeli słowo Turcja to rozmowa przestawała się kleić. Na Rodos wylądowaliśmy o trzeciej w nocy wiec udaliśmy się na centralna plażę, gdzie wolnych łóżek było do woli. Tam spędziliśmy resztę nocy. Rano okazało się, że owszem do Turcji prom pływa codziennie jednak, taki na który można zapakować motocykl tylko dwa razy w tygodniu. Jeden był tego dnia – właśnie się ładował, a następny za dwa dni. Decyzja szybka – zostajemy dwa dni. Jadąc południowym wybrzeżem zatrzymaliśmy się w miejscowości o polsko brzmiącej nazwie Stegna. Tam przez godzinę szukaliśmy tego co mieliśmy pod nosem. Otóż pytaliśmy w większości pensjonatów o wolne miejsca i nic. Okazało się, że pani ze sklepu przed którym zaparkowaliśmy ma tuż przy plaży czteroosobowy apartament za 50 €. Nic więcej nam nie było potrzeba – sklep, restauracja ze świeżymi owocami morza i plaża pod nosem. Zaliczyliśmy popołudniowo – wieczorową wizytę w Rodos i znów na promie. Tu trzeba dodać, że doznaliśmy szoku cenowego za półtoragodzinny rejs do Turcji – 110 € plus 15 € za wizę. Cena była szokująca bo za całonocne rejsy na Kretę i Rodos płaciliśmy po około 50 €.

sdc11372.jpg

Po wylądowaniu w Marmaris znów nieplanowany postój. Okazało się, że zielonej karty nie można było wykupić na granicy. Przyjechał z firmy ubezpieczeniowej kaskader na skuterze i jeden z nas pojechał do miasta. Przejażdżka skuterem – bezcenna. Koszt ubezpieczenia 14 €. Po tym nieplanowanym postoju ruszyliśmy na północ do drogi D 550, a następnie autostradą O-30 do Izmiru. Stan dróg jest dobry, ale raj dla motocyklistów na tureckiej ziemi kończy się. Kierowcy nie szczególnie zwracają uwagę na motocyklistów i trzeba zachować szczególną czujność. Na trasie rzadkością są motocykliści jedynie w miastach i miasteczkach jeździ sporo skuterów i lżejszych motocykli. Za Izmirem znaleźliśmy nocleg w przydrożnym hoteliku. Standard przyzwoity cena również – chyba niecałe 20 € od osoby. Rozważaliśmy powrót do części europejskiej przez Istambuł lecz kalkulacja czasu jaki nam pozostał wskazywała jasno, ze musimy jechać do Canakkale i tam przeprawić się przez cieśninę Dardanele. Przeprawa okazała się bezproblemowa 10 € od osoby z motocyklem 40 minut i jedziemy dalej drogą E 87 do granicy Bułgarskiej. Na granicę dotarliśmy przed dwudziestą. Turecką odprawę zaliczyliśmy szybko, a Bułgarzy mieli akurat zmianę i odstaliśmy prawie godzinę. Po przekroczeniu granicy w najbliższym miasteczku – chyba był to Svilengrad – zaczęliśmy szukać hotelu. Przy pomocy miejscowej Policji i taksówkarza za 5 € dotarliśmy do galaktycznego hotelu usytuowanego przy blokowisku z lat siedemdziesiątych. Tyle jeśli chodzi o hotel i to miasteczko bo więcej nie warto pisać. Następnego ranka musieliśmy jechać około godziny aby znaleźć przyzwoity lokal ze śniadaniem. Trzeba wiedzieć, że cała Bułgaria nie wygląda tak jak wybrzeże Morza Czarnego. W oczy rzuca się wszechobecna biada. Jadąc przez Starą Zagorę dotarliśmy do północnej granicy Bułgarii w mieście Ruse. Naturalna granicę Bułgarii z Rumunią stanowi Dunaj i przekraczając ją przejeżdża się przez most z monumentalnymi kolumnami stanowiący – chyba – pomnik poprzedniego ustroju. Przed mostem spotkaliśmy dwóch Anglików, którzy podróżowali po Europie odwiedzając również Polskę. Panowie w poważnym wieku podróżowali na Gs-ach Adventure z czego jeden na nowiutkim, a drugi na niewiele młodszym od nas. Po mostowej przeprawie krótki przejazd doprowadził nas do obwodnicy Bukaresztu. Droga ta zwana jest obwodnicą tylko dlatego, że otacza miasto. Skrzyżowania co kilkaset metrów, koleiny po kolana i masa ciężarówek powodują, że stanowi ona jeden wielki korek i gdybyśmy podróżowali samochodem to trudno określić ile czasu byłoby potrzebne na dojazd do autostrady A2. Swoją drogą podróżując motocyklami i tak straciliśmy mnóstwo czasu na przeskoczenie tego korka. Po osiągnięciu autostrady szybko dojechaliśmy do Pitesti. Ponoć ten do niedawna jedyny odcinek autostrady powstał z powodu żony ówczesnego dyktatora Rumuni Ceausescu, która pochodziła z Pitesti i jakoś musiała dojechać do rodzinnego domu. Dla nas korzyść z tego była taka, że odcinek ponad 100 km zrobiliśmy w godzinę co od jakiegoś czasu rzadko nam się zdarzało. Za Pitesti dojechaliśmy do drogi nr 81 i kierowaliśmy się do Sibu. Na tym odcinku pojawiły się góry, drogi z małymi wyjątkami bardzo przyzwoite – niestety na niebie coraz gęściej pojawiały się chmury deszczowe. Kiedy pod wieczór zatrzymywaliśmy się na nocleg już padało i nie wyglądało to na opady przelotne. Ruszając rano w deszczu po kilkunastu kilometrach wjechaliśmy w prawdziwe góry i w deszczu, mgle pomiędzy niezliczoną ilością TIR-ów powoli brnęliśmy do przodu. Było to na drodze R1 prowadzącej do drogi nr 60, która doprowadzić nas miała do Debreczyna. Jadąc przez góry najpierw znaleźliśmy się w niesamowitej dolinie otoczonej stromymi zboczami i gdyby nie pogoda pewnie zatrzymywalibyśmy się tam co kawałek. Następnie odbyliśmy wspinaczkę i zjazd do drogi nr 60. Ten odcinek nie dość, że przy dużym ruchu w fatalnych warunkach to jeszcze po totalnie rozjeżdżonej przez TIR-y drodze dał nam się we znaki. Dalej już bez większych problemów tyle, że przeważnie w deszczu dotarliśmy do Debreczyna, a tu inna cywilizacja. Porządna droga, nie mówiąc już, że to autostrada. Kilometrów mimo, że jechaliśmy w ulewie ubywało szybko – przynajmniej tak nam się zdawało po doświadczeniach ostatnich dni. Wieczorem przemoknięci zatrzymaliśmy się na nocleg przed Koszycami. Ostatni dzień naszej podróży to znów jazda w deszczu. Padało, aż do Jasła. Odnotować trzeba, że tym razem granicę Polską, aby znów nie kluczyć koło Rożnowa, przekroczyliśmy w Barwinku. W okolicach Tarnowa Przemek zmienił kierunek i udał się w kierunku Legnicy. Pozostali dotarli jeszcze do legendarnego Pacanowa, gdzie po wspólnej fotce rozjechali się do domów.

sdc11448.jpg

Przejechaliśmy około 6 500 km przejeżdżając przez 8 państw do tego przepłynęliśmy pewnie z 600 – 700 km promami. Trasę przedstawia mapa maps.google.pl/maps/ms (taki zawijas między Rodos, a Marmarisem jest błędem google maps, która nie ma "w głowie" promu na tej trasie). Motocykle spisały się baz zarzutu. Jedyną rzeczą jaką zrobiono to dociągnięcie czujnika ciśnienia oleju, spod którego w jednym z GS-ów sączył się olej. Oby tak dalej.