Nordkapp 2014

Podróż na północny kraniec Europy chodziła nam po głowach już od kilku lat. Zawsze jednak było jakieś ale … a to zimno, a to pada deszcz, a to wszyscy tam jeżdżą itd. Jednak w ubiegłym roku zdecydowaliśmy, że pojedziemy. Niestety kilka tygodni temu okazało się, że z ekipy odpadnie Lusi i pojedziemy we trzech. Lusi nie jedzie ponieważ spotkało go szczęście innego rodzaju, z całą pewnością większe i nie był w stanie pogodzić tych dwóch faktów w jednym czasie.
Co do ekipy to nastąpiła jeszcze jedna zmiana dotycząca sprzętu. Adam przesiadł się z F650GS na F800GS
To tyle tytułem wstępu. 13 czerwca Przemek przyjechał do mnie pod Toruń, a Adam wyruszył ze Staszowa do Warszawy. Następnego dnia umówiliśmy się w Augustowie i stamtąd już razem mieliśmy jechać do Wilna. Jako, że pogoda nie dopisywała wymyśliliśmy, że pojedziemy jeszcze w piątek trzynastego z 200 – 300 km żeby w razie deszczu następnego dnia mieć lżej. I tak wieczorem znaleźliśmy się w Mrągowie. Pogoda fatalna więc siedzieliśmy z całą gromadą Niemców i oglądaliśmy mecze. Rano wyjazd się opóźnił bo okazało się, że leje i Adam stoi gdzieś na „ósemce”. Skorzystaliśmy wobec tego jeszcze z basenu i sauny i przed piętnastą byliśmy w Augustowie. Adam dojechał kilka minut po nas. Wspólny obiadek – oczywiście ryba świeżutka dziś rano złowiona ( cytat) – i dalej w drogę. W Wilnie zameldowaliśmy się około dziewiętnastej. Droga przez Ogrodniki jak cztery lata temu. Po Litewskiej stronie nic się nie zmieniło. Droga wyglądała identycznie i praktycznie zero ruchu. Dla przypomnienia jechaliśmy na Alytus, a następnie drogą 128 do A4 i do Wilna. Niech kogoś nie zmyli oznaczenie A4 i nie wyobraża sobie, że jest to autostrada. Wilno postanowiliśmy potraktować gastronomicznie, a to dlatego, że już tu byliśmy i zwiedzaliśmy, a mieliśmy tylko wieczór. Po spacerze przez stare miasto usiedliśmy w restauracji - można by rzec rycerskiej (nikomu nie przyszło do głowy zobaczyć jak się nazywa) – urządzonej w starolitewskim klimacie. Na ścianach herby rodów rycerskich, „Bitwa pod Grunwaldem” Matejki, a w telewizji rekonstrukcje bitew średniowiecznych. Lokal zatłoczony, ale po konsumpcji zrozumieliśmy dlaczego. Zamówiliśmy dania mięsne przyrządzane na różne sposoby i do tego po trzy piwa. Rachunek – 140 Lt z napiwkiem. Po przeliczeniu przez nasze kursy kantorowe czyli 1,28 wychodzi 180 zł. Jak na centrum stolicy europejskie, jakość i smak – pozytywny szok:). W drodze powrotnej zaszliśmy jeszcze do Pubu, w którym byliśmy cztery lata temu, ale styl i klimat zmienił się zupełnie – być może dzięki transmisji meczu.
Rano dość sprawnie pozbieraliśmy się więc postanowiliśmy jeszcze wpaść na starówkę na kawkę. W kierunku Rygi ruszyliśmy około południa. Po 1/3 drogi tradycyjnie zagubił nam się Adam i spotkaliśmy się dopiero w Rydze. Trasa bez żadnych ciekawostek wiodła drogą A2 i tu była Autostrada do Panevezys, dalej już droga jednojezdniowa przechodząca za granicą w oznaczenie A7. Po drodze oczywiście nie odmówiliśmy sobie lokalnej kuchni. Były cepeliliny, ale nas nie powaliły na kolana. Nasze pyzy chyba lepsze.
Wieczorem Ryga. Starówka niewielka, ale bardzo ładna, zadbana i tworzy fajny klimat. W każdej większej knajpce leci muzyka na żywo od jazz'u do lekkiego rocka. Naprawdę świetny klimat i wato by było tu ze dwa trzy dni posiedzieć. Naszym celem jest jednak Nordkapp i rano jedziemy dalej do Tallina. Przed wyjazdem, wieczorem jeszcze pozwoliliśmy sobie na stejka w kowbojskiej knajpce.
Do Tallina droga niezbyt długa – trochę ponad 300 km i pewnie gdyby nie pogoda to zrobilibyśmy ją w trochę ponad 3 godziny. Dla jadących tą drogą ważny jest odcinek tuż przed granicą. Droga jest nierówna z głębokimi koleinami. Te właśnie koleiny zalane wodą spowodowały, że musieliśmy zatrzymać się pod najbliższym dachem czyli na granicy. Jadący z przeciwka TIR całą wodę z koleiny wywalał na przeciwległy pas czyli na nas – ubaw po pachy. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło. Na granicy warto się zatrzymać bo jest tam restauracja, w której naprawdę dobry obiad można zjeść za 5 euru.
Tallin – według naszej oceny najładniejsze stare miasto w porównaniu z dwoma poprzednimi. Mimo, że w Rydze klimat świetny to tu również niczego nie brakuje. Starówka piękna, odrestaurowana, a do tego jeszcze elementy architektury średniowiecznej.

Podsumowując – odwiedziliśmy kolejne kraje dawnego Związku Radzieckiego i z przyjemnością można powiedzieć, że nie ma w nich już tej socjalistycznej toporności, pomników T-34 czy bohaterów z pepeszami, a miasta są ładne i otwarte na turystów.
Jeśli chodzi o ceny:

  • paliwo PB95 na Litwie 4,70 Lt to jest około 6 zł, na Łotwie 1,37 euro, w Estonii 1,30 – 1,35
  • piwo w restauracji na starym mieście: Wilno 7-9 Lt (9 – 11,5 zł), Ryga 2,2 – 3 euro, Tallin 2,5 – 3,2 euro

dsc_0078_1.jpg

Z Tallina przepłynęliśmy promem do Helsinek. Poszukiwania biletów rozpoczeliśmy w internecie na stronach różnych pośredników. Tam ceny kształtowały się od 36,80 do 50 euro za osobę z motocyklem lecz przy zamawianiu dla 3 osób z trzema motocyklami było sporo niejasności i stwierdziliśmy, że rano pojedziemy do portu i tam kupimy bilety. Wbiliśmy od razu na bramki, gdzie kupiliśmy bilety po 34 euro na prom odpływający za 1,5 godziny. Przed wjazdem na prom spotkaliśmy jeszcze Słowaków, którzy również jechali na Nordkapp. O godz. 15.00 byliśmy w Helsinkach. Niestety rozglądając się po mieście tu jest od 20 do 40% drożej. Chcieliśmy zobaczyć kawałek Helsinek i nawet pokręciliśmy się po mieście motocyklami lecz okazało się, że nie ma tu jakiejś ścisłej starówki, a centrum to inna bajka. Zatrzymaliśmy się jeszcze w porcie, gdzie zjedliśmy miks z rybek i kalmarów i ruszyliśmy do Lahti. Lahti powitało nas pogodą bardziej z końca listopada niż czerwcową więc po zrobieniu zakupów w sklepie nie wychodziliśmy już z hotelu. Rano pogoda nie lepsza, ale nieco cieplej – 9 stopni. Podjechaliśmy pod skocznię. W końcu skocznia znana w świecie skoków, a my przecież teraz potęgą w skokach jesteśmy. Musimy przyznać, że żaden z nas, a i pewnie wielu z zagorzałych kibiców tej dyscypliny nie wiedziało, że na zeskoku skoczni na samym dole jest basen, przez który przejeżdżają skoczkowie po wylądowaniu ( zdjęcie w galerii). Do Rovaniemi dojechaliśmy około 19.00. Przez te 700 km stwierdziliśmy, że nie do końca jest tak jak u nas powszechnie się twierdzi, że Policja tu czyha na wszystkich i łapie za przekroczenie prędkości – choćby najmniejsze. Po pierwsze przez 700 km widzieliśmy jednego policjanta i wcale nie z radarem. Po drugi jedzie się dobrze bo w zasadzie na wszystkich drogach dopuszczalna prędkość podniesiona jest do 100 km/h, a teren zabudowany zdarza się co 50 km, a po trzecie miejscowi zasadniczo jadą zawsze 10 km/h szybciej niż dopuszczalna prędkość. Przez ostatnie 200 km średnia prędkość wyszła nam 104 km/h.
Dziś nocujemy w hoteliku przed Rovaniemi. Gospodarz pochwalił nam się, że jego babka była Polką i nosi polskie nazwisko. Ciekawostką w hotelach jest to, że po przyjeździe proponują gościom saunę, ale cóż ...w końcu do Finlandia więc w sauny fińskiej należy korzystać.
Na dziś to wszystko. Jest godzina 23.30 za oknem świeci słońce – poważnie :)
Żeby nie pozostawać gołosłownym. Zdjęcie zrobione o godzinie 0.04 w dniu 19 czerwca

dsc_0112.jpg
Nazajutrz zarezerwowaliśmy domek na kempingu jakieś 20 km przed Nordkapp. Trochę daleko (720 km), a chcemy zatrzymać się jeszcze w wiosce Św. Mikołaja i w miejscu, w którym dokładnie przechodzi krąg polarny więc należy się liczyć ze sporym opóźnieniem. W kilka minut dojeżdżamy do wioski Św. Mikołaja i okazuje się, że zamknięta jest na cztery spusty, a gospodarza nie ma. Będzie dopiero 23 czerwca. Z oglądu zewnętrznego można jedynie wnioskować, że nie jest to zwykła wioska lecz miejsce, w którym sprzedaje się wszystko co związane ze Św. Mikołajem i Świętami Bożego Narodzenia. Do wioski wchodzi się bramą idąc następnie tunelem, a wszystkow wygląda jak w parkach rozrywki.
Dwa kilometry dalej zatrzymujemy się na kręgu polarnym. Tu sytuacja podobna. Restauracje, jakieś namioty w zagrodach mających pokazywać życie przodków na północy – totalna komercja. Jeden gość zaproponował nam żebyśmy za 5 euro od osoby weszli do zagrody gdzie z bliska będziemy mogli zobaczyć i nakarmić renifera. Sprytny typ – pewnie ma obowiązek karmienia tam zwierząt i chce jakoś dorobić na tym :). Nie skorzystaliśmy z oferty, a reniferów – jak się później okazało – mieliśmy dość.
Krąg Polarny zaznaczony jest grubą białą linią, wzdłuż której stoją olbrzymie latarnie i drogowskaz wskazujący kierunki i odległości do różnych miejsc na świecie. Do Nordkapp wskazuje 680 km. Polskich akcentów na drogowskazie brak. Ktoś pomyślał i zamieścił dużą tablicę, na której można się podpisać czy zamieścić naklejkę i tam wylądowało nasze logo.
Jedziemy dalej na północ drogą E75 (oznaczenie krajowe 4) – temperatura 7 stopni. Droga w porównaniu do dnia wczorajszego o wiele ciekawsza i urozmaicona wieloma pagórkami i zakrętami. Wprawdzie droga jednojezdniowa, ale ruch niewielki dlatego udaje nam się utrzymać dobre tempo. Jeśli chodzi o pogodę to jest wszystko oprócz ciepła mimo że świeci słońce. Pogoda zmienia się dosłownie w kilka sekund. W jednej chwili ostre słońce czuć miło przez kurtkę na plecach, a za chwilę robi się ciemno i rozpoczyna się walka z wiatrem „uatrakcyjniana” przez zacinający śnieg. Z drogi E75 skręcamy na drogę nr 92 w kierunku Norwegii. Do granicy prowadzi wąziutka, prosta, pagórkowata droga. Pagórki są tak ostre, że przy 120 km/h podczas pokonywania szczytów wzniesień wątroba podchodzi do gardła. Dobrze, że jesteśmy przed obiadem. Na granicy szybki obiad tankowanie i jesteśmy w Norwegii. W miejscowości Karasjok wjeżdżamy na drogę E6 z tym, że wjeżdżając na rondo nie zwróciliśmy uwagi, że idzie ona w dwóch kierunkach i skręciliśmy w prawo jak było na mapie. Jechaliśy jakieś 100 km po wyludnionym terenie bez jakichkolwiek punktów orientacyjnych i po tych 100 km zaniepokoił nas drogowskaz na E75 – przecież to w Finladii. Okazało się, że skrę w prawo był błędem kosztującym nas dodatkowe 200 km. Nawrotka i lecimy z powrotem. Kilka kilometrów za Karasjok zaczynają się widoki przypominające nam gdzie jesteśmy. Skończyły się lasy, a na rozległej równinie, na tle ośnieżonych gór rosną tylko karłowate drzewa i krzewy. Za miejscowością Laksvel jedziemy cały czas wzdłuż zatoki. Widoki niesamowite! Momentami droga przypomina zachodnie wybrzeże jeziora Garda, ale klimat zupełnie inny. Wiatr wiej co chwila z innego kierunku, momentami porywisty, a do tego trzeba uważać na renifery. Całe stada pasące się wzdłuż drogi z małymi wychodzą na jezdnię. Te dorosłe jeszcze jakoś sprawnie przechodzą, ale te małe wielkości psów, zdezorientowane człapią we wszystkich kierunkach i najlepiej, żeby im i sobie nie zrobić krzywdy, zwolnić do minimum lub nawet zatrzymać się. Zjeżdżamy na drogę E69 i po kilkudziesięciu kilometrach przejeżdżamy podmorski tunel, który robi fajne wrażenie. Najpierw jedzie się ostro z góry, a później pod górę – długość to coś około 7 km. Z tunelu wyjeżdżamy na miejscowość Honningsvag, gdzie w porcie stoi olbrzymi prom, a my pniemy się serpentyna w górę. Wiatr się wzmaga, zaczyna padać śnieg, a temperatura osiągnęła 0 stopni. Z serpentyn na szczycie wjeżdżamy znów na rozległą równinę i tu wiej tak, że przy 50-60 km/h trudno utrzymać motocykl. Zostało nam około 10 km, a zjechać nie ma gdzie. Kiedy zjeżdżamy troszkę niżej wiatr lekko ustępuje i można w miarę bezpiecznie jechać. W taką pogodę wielu rowerzystów decyduje się na wyjazd z Honningsvag, aby o północy być na Nordkapp. Docieramy do kempingu około 22.30.

dsc_0150.jpg
Dziś – 20.06.2014 r. - jedziemy na Nordkapp, a następnie obieramy kierunek powrotny przez Norwegię. Pewnie późno wyjedziemy bo od rana pogoda, że strach wyjść – choć przynajmniej są symptomy, że będzie lepiej. Ponadto chcemy się parę razy zatrzymać żeby po drodze zrobić kilka fotek. Dokąd dojedziemy – okaże się.

dsc_0164.jpg
Na Nordkapp dojechaliśmy bardzo szybko. Zaledwie 13 km i jak na tutejsze warunki pogoda ok: wiatr umiarkowany i 6 stopni. Krajobraz niemal księżycowy, bardzo uboga roślinność i na znaczącej powierzchni zalega śnieg. Przy wjeździe szlaban i kasa. Należy uiścić opłatę 160 koron tj. ponad 80 zł za sam wstęp. Inne atrakcje jak np. seans w kinie płatne dodatkowo. Dochodzimy do budynku i pierwsze skojarzenie Kasprowy Wierch. Mnóstwo ludzi tyle, że autokarami zamiast kolejką linową, pamiątki jak na Krupówkach i oczywiście ceny. Przykładowo: kawa – 20 zł. Idziemy do słynnego globusa, gdzie robimy sobie kilka fotek. Widoki z urwiska super. Szkoda tylko, że pogoda ogranicza widoczność. Urwisko ma 307 m wysokości i naprawdę widok z niego na skały i rozbijające się fale jest kapitalny. W pewnym momencie stojąc najbliżej urwiska byliśmy najdalej na północ ze wszystkich znajdujących się na kontynencie europejskim.
I to dziś na tyle jeśli chodzi o relaks. Spokojnie jeszcze dojeżdżamy tylko do Honningsvag, gdzie tankujemy. Na stacji pracuje Polka, od której dowiadujemy się, że wcale nie mamy pecha do pogody bo ciepło to tu jest ze dwa razy w roku. I jakby na potwierdzenie tego co mówiła zaczyna robić się ciemno i spadają pierwsze krople deszczu. Tak już jest do końca dnia. Wieje i pada raz mocniej raz słabiej, ale ciągle. Do noclegu, który sobie zarezerwowaliśmy dojeżdżamy po 20 zupełnie przemarznięci. Temperatura rano była na poziomie 6 stopni, później jadąc wzdłuż wybrzeża 4 stopnie, a gdy droga prowadziła wyżej – 2 stopnie. Przez około 500 kilometrów w krajobrazie cały czas towarzyszył nam śnieg. Wiedzieliśmy, że będzie tu chłodno, ale dzisiejszy dzień nas – można śmiało powiedzieć – sponiewierał. Siedzimy przy grzejniku i zastanawiamy się czy sprawdzać pogodę na jutro.
Rano jak na tutejsze normy nie jest źle. Idziemy do sklepu bo na kempingu nie ma nic do jedzenia. Jest za to gratisowa kawa. Wychodząc spotykamy Polaka, który mieszka w namiocie. Czeka od trzech dni na pogodę żeby wyjść w góry. Pocieszył nas, że za dwa dni ma być dobra pogoda. Po śniadanku pakujemy się we wszystko co mamy, plus nowoczesne membrany w buty ( skarpeta – torba foliowa – druga skarpeta) i ruszamy na południe. Nocowaliśmy w miejscowości Birtavarre na kempingu High-North Birtavarre Camping – zmierzamy do Lonsdal w okolicach kręgu polarnego. Oczywiście zaraz po wyjeździe zaczyna padać, ale dzięki naszym przeróżnym powłokom nie rusza nas to. Przejazd drogą E6 charakteryzuje się tym, iż co jakiś czas trzeba przeprawiać się promem. Oczywiście wielokrotnie przejeżdża się przez różnorakie mosty, ale w niektórych miejscach jest tak szeroko, że przy niewielkim ruchu jaki odbywa się w tej części Norwegii, budowanie mostu długiego na kilka kilometrów byłoby rozrzutnością – nawet w tak bogatym kraju. Przeprawa takim promem to koszt od 50 do 70 koron. Po naszej pierwszej tego dnia przeprawie następuje cud i wychodzi słońce. Już do końca dnia jedziemy w promieniach wiosennego – zdawałoby się – słonka. Jednak, abyśmy nie zapomnieli gdzie jesteśmy, od czasu do czasu trochę popada, a krajobraz cały czas przybrany jest śniegiem. Pod wieczór docieramy do Lonsdal do hotelu Polarsirkelen, położonego tuż przed kołem podbiegunowym – jadąc od północy. Mimo, że to hotel to klimat panuje bardziej schroniska turystycznego, a prowadzony jest przez dwoje miłych ludzi. Wyjątkowym egzemplarzem jest gadatliwy kucharz, który serwuje nam na kolację Renifera, a podczas rozmowy okazuje się, że pochodzi z miejscowości w której ostatnio nocowaliśmy – taki mały zbieg okoliczności.
Przed nami kolejny dzień. Zapowiada się ładnie bo mimo śnieżnego krajobrazu słońce przygrzewa przyjemnie. Punkt pierwszy dzisiejszego dnia to tankowanie. Ruszamy z nadzieją, że za kilka kilometrów będzie stacja bo benzyny jest na jakieś 60 km. Po kilku minutach jazdy mijamy Krąg Polarny. Jedziemy po zaśnieżonej wyżynie – jak pamiętam – na wysokości ponad 600 m. npm. Po kilkunastu kilometrach droga prowadzi już wyłącznie lasem, a stacji jak nie było tak nie ma. Od czasu do czasu mijamy osady składające się z kilku – zazwyczaj letniskowych – domów. W jednej z takich osad na około 70 km od startu kończy się paliwo. Na szczęście nie ma problemu z zakupem od jednego z mieszkańców, który nas informuje, iż mamy szczęści bo jadąc na południe mamy tylko 27 km do najbliższej stacji - na północ byłoby znacznie dalej o czym doskonale wiemy. Żeby nie było, że Norwegowie to gościnny i uczynny naród – gościu sobie marże za paliwo doliczył. Dalej bez żadnych już przygód docieramy do Trondheim i lokujemy się w hotelu Singsaker Sommerhotell. Za pokój trzyosobowy ze wspólną łazienką (dla całego piętra) trzeba tu zapłacić około 460 zł. Wydaje się to sporo, ale uwzględniwszy położenie hotelu (10 min spaceru od starego miasta), wliczone śniadanie i fakt, że jest to Norwegia to chyba tak źle nie jest. Wieczorem spacer po mieście. Jeśli będziecie w okolicy Trondheim to warto zajechać choć na chwilę, aby zobaczyć starą, drewnianą zabudowę tego miasta. Spacer uliczkami z małymi domkami (kamieniczkami?), w których okna domów są poodsłaniane jest z jednej strony dla nas szokiem – jakby mieszkańcom nie zależało na prywatności, a z drugiej właśnie te poodsłaniane okna, w tej malutkiej zabudowie, wąskich uliczek tworzą niepowtarzalny klimat. Przechodząc pustą ulicą ma się wrażenie jakby się szło galerią z ruchomymi obrazami.
Ponadto warto zobaczyć nadrzeczną zabudowę starego miasta. Wzdłuż rzeki Nidelve ciągną się drewniane budynki na palach, które w przeszłości pewnie stanowiły centrum handu portowego.
Kolejny dzień to przejazd z Trondheim do Lillehammer. Jedziemy drogą E39 jakieś 220 km do Molde. Po drodze dwie przeprawy promowe, a w samym Molde czeka na nas kolejny prom. Z pokładu promu możemy podziwiać przepiękne miasteczko położone na zboczu wzgórza, które kończy nowoczesnym, kameralnym kompleksem sportowym.
Po przeprawie z Molde do Vestnes jedziemy kilkadziesiąt kilometrów drogą E136 do Andalsnes, gdzie tankujemy do pełna i coś tam przekąszamy. Z Andalsnes wyjeżdżamy dalej drogą E136, ale po kilku kilometrach skręcamy w prawo w drogę nr 63. Droga ma długość 106 km i jest najwspanialszym fragmentem naszej podróży. Po kilkuset metrach wjeżdżamy w góry, a precyzyjniej rzecz ujmując w dolinę, która po kilku minutach doprowadza nas do podstawy Drabiny Trolli. Drabina Trolli to nic innego jak droga wijąca się po ścianie góry na wysokość 852 m. n.p.m. Wybudowana została ze 100 lat temu, 11 blisko 180 stopniowych zakrętów i kamienny mostek w połowie drogi przerzucony nad wodospadem robią niesamowite wrażenie. Na szczycie znajduje się parking ze pamiątkarskimi sklepami i tarasy widokowe, na które można dojść dziesięciominutowym spacerem. Jako, że jest to jedna z większych atrakcji turystycznych Norwegii nie brakuje tu turystów z całego świata. Oczywiście spotkaliśmy też motocyklistów z Polski w liczbie około 10 maszyn. Po opuszczeniu drabiny zjeżdżamy znów do doliny i jedziemy do miejscowości Valldalen, gdzie czeka nas kolejna przeprawa promowa. Dalej krętymi drogami dojeżdżamy do zbocza fiordu, z którego roztacza się fantastyczny widok. Jak na Norwegię przystało jest oczywiście punkt widokowy zorganizowany w perfekcyjny sposób. Na końcu fiordu położone jest miasteczko Geiranger, do którego zjeżdżamy serpentynami nie gorszymi niż na Drabinie Trolli po to by dalej znów wspinać się w góry podobnymi wywijasami. Na górze nie jedziemy już doliną, a raczej płaskowyżem, który jest ośnieżony, a brak roślinności wskazuje, że letnia pora raczej tu nie dociera. Po objechaniu jeziora Djupvatnet zjeżdżamy w dół i dalej jedziemy już w warunkach – jak na jazdę motocyklem – przyzwoitych. Tu kończy się również droga nr 63, a godzina jest prawie 19.00. Zachwyceni dotychczasowymi atrakcjami nie zauważyliśmy, że zostało nam jeszcze prawie 250 km do przejechania. Dalej już galopujemy zatrzymując się jedynie w miejscowości Lom, która urzeka nas swoją niepowtarzalną architekturą. Do naszego miejsca zakwaterowania docieramy po 22.00.
Rano zjeżdżamy do Lilehammer, aby dalej kierując się na południe objechać Oslo i wjechać do Szwecji. Poza atrakcjami wynikającymi z przebudowy autostrady nic podczas jazdy nie zwróciło naszej uwagi aż do mostu przez cieśninę Sund łączącego Szwecję z Danią. Przeprawa ma coś około 15-16 km i jadąc od strony Szwecji wjeżdża się najpierw na most, a następnie w połowie cieśniny droga zjeżdża do tunelu. Koszt przeprawy to 24 euro. Po 920 km zatrzymujemy się w miłym, wiejskim siedlisku w Danii, w okolicach Nykobing Falster.
25.06.2014 r. - ostatni dzień wyprawy. W kilkanaście minut dojeżdżamy do Gedsr, gdzie wsiadamy na prom i po 1,5 godzinnym rejsie (63 euro) jesteśmy w Niemczech. Kilka uliczek portowych i jesteśmy na autostradzie w kierunku Berlina. Kilka kilometrów przed Berlinem rozdzielamy się. Przemek objeżdża Berlin od zachodu kierując się na Wrocław, a my od północy i jedziemy na Poznań. Po zjechaniu z obwodnicy Berlina dopada nas ulewny deszcz,w którym jedziemy do polskiej granicy. Za Poznaniem rozdzielamy się i jedziemy każdy do siebie.
Tak po ponad 7 tys. km dobiega końca nasz kolejny, szósty już wyjazd.