Gruzja 2013

28.06.

W wielkich bólach zjechaliśmy do Staszowa. Dojazdy trwały do późnych godzin nocnych więc nie było jak zwykle wieczornego spotkania. Dziś okazało się również, że chłopaki z Pakości nie jadą i pozostaliśmy w starym czteroosobowym składzie. To tyle jak na dzień przed startem.

Mapa przejazdu: goo.gl/maps/41vUJ

Filmy z przejazdu:

youtu.be/W3ckkcIYO0Q - przejazd przez Turcję w drodze do Gruzji

youtu.be/D8Td9GFTXnk - przejazd Batumi - Tbilisi

youtu.be/MUO0zXFd2KA - przejazd drogą wojenną Gruzja  

 29.06.

Jak na nasze możliwości - rewelacja. Spotkaliśmy się o 8.00, jak zwykle u Szymka w komisie, gdzie w hali myjni parkujemy nasze motocykle. Tak nawiasem, to w komisie jest nowa dostawa aut z Niemiec, gdyby ktoś był zainteresowany - no i od razu umyć można :). Przemiła obsługa.  Po 50 minutach wyruszyliśmy w naszą kolejną eskapadę. Na początek ruszyliśmy w pięciu. Chrzoniu na Transalpie postanowił odprowadzić nas kawałek i tak dojechał do Tarnowa. Dalsza trasa bez żadnej historii, tym bardziej że ten odcinek jedziemy już któryś raz. Po tym jak na terenie Polski ślimaczyliśmy się, stwierdziliśmy, że nie ma szans aby dojechać do Nowego Sadu. Postanowiliśmy zanocować w motelu Nautilus, gdzie trzy lata temu zatrzymaliśmy się jadąc do Grecji. Niestety, okazało się, że w motelu nie ma miejsc. Dwa kilometry dalej, w miejscowości Dabas znaleźliśmy hotel, gdzie za 17 euro od osoby mamy mijscówki (niestety bez śniadania) - www.dabas-motel.hu/

30.06

Jest godzina 7.30, a nam właśnie podano śniadanko. Jest szansa, że o 8.30 wyruszymy. Dziś w planach mamy Sofię ponieważ na bookingu wczoraj zarezerwowaliśmy hotel. Przy śniadaniu mamy atrakcję w postaci Australijczyka, który jest po wieczorze panieńskim brata i daje przedstawienie. Wyruszyliśmy po 10. Granica Serbska poszła dość sprawniei do miasta Nisz pogoda była znakomita. Po zjeździe z autostrady w kierunku Sofii wjechaliśmy w góry, a pogoda zmieniła się diametralnie. Od tego momentu do samej Sofii jechaliśmy w deszczu. Na dodatek okazało się, że nasz hotel jest będnie opisany w googlach i an bookingu i szkukaliśmy go do późnego wieczora.

01.07

Poranek w Sofii zupełnie inny niż wieczór. Piękne słońce, temperatura 22 - 25 stopni - pogoda idealna do jazdy. Autostrada w Bułgarii wprawdzie jest, ale słabiutka jakościowo. Mimo to kilometrów ubywa szybko i na granicy jesteśmy około godziny  szesnastej. Bułgarska odprawa jest niezauważalna natomiast na tureckim przejściu trzeba uzyskać wizę i kilka pieczątek, ale obsługa uprzejma i sprawna. Po 40 minutach ruszamy dalej. Czym bliżej Stambułu tym ruch na autostradzie gęstnieje, aż do momenu kulminacyjnego, gdzie ruch uliczny przypomina ul. Wszyscy wjeżdżają przed wszystkich , trąbią, zajeżdżają  - istny cyrk. Mija kilka minut zanił łapiemy o co w tym chodzi i trochę pasem awaryjnym, trochę rozpychając się lecimy do przodu. Po kilkunastominutowych poszukiwaniach hotelu stwierdziliśmy, że nie damy rady. Bierzemy taksówkę i po kilku minutach rozładowujemy się na hotelowym parkingu. Hotel mamy bardzo blisko starego Stambułu. alfahotelistanbul.com/. Wieczorem wyruszyliśmy na rekonesans w miasto, a następnego dnia odpoczywaliśmy od jazdy i szwendali się po mieści. Zobaczyliśmy stare miasto, Błekitny Meczet, Plac Taksim. Spore wrażenie robi bazar, na którym jest chyba wszystko co można sprzedać. Spotkaliśmy Amerykanów, z których jeden jest motocyklistą co oczywiście skłoniło nas do wspólnego piwka.

03.07

Rano postanowiliśmy zajechać jeszcze na bazar przez co wyruszyliśmy dopiero około 12.00. W okolicach bazaru okazało się, że nie jesteśmy jedynymi motocyklistami z Polski w tym rejonie. Przed bazarem stały zaparkowane dwa BMW 1600 GT na warszawskich numerach. Z Istambułu udało nam się wyjechać dość sprawnie, ale dopiero po jakiś 120 km można było powiedzieć, że wyjechaliśmy z terenu zabudowanego. Metropolia jest niesamowicie rozległa i robi wrażenie. Autostrada w kierunku Ankary znakomita. Nawierzchnia równiutka, trzy pasy w jednym kierunku, a jedyny mankament to słabe oznakowanie, które spowodowało, że przelecieliśmy zjazd o jakieś 40 kmi musieliśmy wracać. Dojechaliśmy do miejscowości Tosya - jakieś 100 - 120 km od zjazdu z autostrady. Na jutro pozostało nam około 750 km do Batumi. Nie wiadomo czy damy radę - wszystko zależy od tego o której wyjedziemy i jaka będzie droga.

04.07

Pisdzemy dopiero siódmego bo albo nie było czasu, albo nie było dostępu do sieci. Udało nam się dotrzeć do Batumi późnym wieczorem. Straciliśmy dodatkową godzinę z uwagi na przesunięcie czasu w Gruzji. Od początku przejazd zapowiadał się dobrze pomimo tego, że po 50 kilometrach zatrzymała nas policja. Mili goście - od razu stwierdzili, że niema problemu tylko zapiszą sobie nasze dane i już. Poinformowali nas też że 7 km dalej jest radar. Radfar był na śniadaniu (stał przy barze) więc pomknęliśmy dalej. Po kolejnych 50 km znów do boku, ale gadka ta sama. Policjant przywitał się jak ze starymi znajomymi, popytał jak jedziemy i życzył powodzenia. Pomimo dwóch kontroli w godzinę mamy 100 km za sobą. Jazd i dzie pięknie do dwusetnego kilometra. Znów do boku. Tym razem nasz fert się skończył. Mówią że jechaliśmy gdzieś tam 117 km/h i piszą mandaty. My swoje, że chcielibyśmy to zobaczyć. Po wypisaniu mandatów (40 min) kilka minut tarku i przyjeżdża facet z wideorejestratorem. Pokazuje nam trzy sylwetki motocykli i jueden pomiar dla wszystkich. W tym czasie drugi dopisuje sobie nr rejestracyjne do kolorów motocykli i tłumaczą nam kto jest kto. Kończy się tak, że nie podpisujemy kwitów, które nam podsuwają - są nieco zdziwieni, dają nam po kopii tego kwitu i jedziemy dalej. Dalsza droga minęła nam bez sensacji poza tym, że jakieś 100 km przed granicą załamała się pogoda i jechaliśmy trochę w deszczu. Na granicy odprawa minęła szybciutko i po 15 minutach byliśmy w Batumi.

05.07

Po śniadaniu postanowiliśmy, że zostajemy jeden dzień w Batumi. Miasto jest połączeniem dwóch epok i to w bardzo specyficzny sposób. Nie można powiedzieć, że gdzieś jest nowoczesna dzielnica, a gdzieś bieda i ruina. Te dwa klimaty przeplatają się i sąsiadują ze sobą. Idąc obok nowoczesnego budynku dalej napotykamy zrujnowany domy z epoki najsłynniejszego Gruzina z powywieszanym praniem i graciarnią na balkonie. Idąc nowo ułożoną kostką granitową lagle wchodzimy na klepisko lub pas dla piszech wysypany kamieniami z plaży. Jedyne miejsce,  w którym zapomniano już o poprzednich latach to bulwar nadmorki. Zbudowany ze smakiem i ze wszystkim czego oczekują ludzie w takich miejscach. Tak mniej więcej wygląda Batumi.

06.07

Ruszamy do Tbilisi. Przed hotelem spore poruszenie. Pakujemy motocykle co wzbudza zainteresowanie we wszystkich okolicznych sklepikach. Ludzie pytają, rozmawiają, ogólnie jest miło. Pytamy jednego jaka jest droga do Tbilisi. Odpowiedź - autobana. Ruszyliśmy i tak przez 300 km wypatrywaliśmy tej autobana. Wprawdzie autostrady nie było, ale droga do przyjęcia. Gruzini wbrew opiniom i tego co zaobserwowaliśmy w Batumi na trasie nie jeżdżą jak wariaci i w zasadzie robili nam miejsce. Po drodze z naprzeciwka jadą trzy bmw. Lewa w góre, oni i my zatrzymujemy się. Polacy. Chłopaki z żonami z Krakowa i Bielska jadą w podobną trasą w przeciwną kierunku. Pozdrawiamy.
Po drodze zajeżdżamy jeszcze do Gori. Pomyśleliśmy - jak już tu jesteśmy, zobaczymy gdzie urodziła się bestia. Przy chałupce spotykamy trzech chłopaków z Warszawy. Kręcą się po Gruzji i jutro również wracają podobną trasą jak my. Pozdrawiamy. Z rozmów z obiema ekipami nasze obawy budzi przejazd przez Osetię. Milicja nastawiona jest na krojenie turystów i to za abstrakcyjne kwestie. Ani jedni, ani drudzy nie wywineli się bez myta.  Tymczasem docieramy do Tbilisi i idziemy na nocny spacer. W hotelu poznaliśmy jeszcze parę Szwajcarów na BMW 800 i 6500 - trzeci miesiąc w podróży.

07.07

Z Tbilisi ruszamy w kierunku Rosji osławioną drogą wojenną. Po zjeździe z autostrady, łącznie przez 120 km droga jest dobra, a widoki zachwycające. Nie wiadomo czy patrzeć na drogę, czy na boki. Co kawałek się zatrzymujemy. Po 120 km ktoś zwinął asfalt, a momentami droga ma 3-4 metry szerokości, przy czym TIRy wcale z drogi nie zniknęły. Taka droga ciągnie się przez około 20 km. Zjeżdżając na bok do jakiejś dziwnej budowli przez błoto pierwsza gleba. Oponki nie na takie błotko. Nic szczególnego jednak się nie stało.
Dojeżdżamy do Kazbegi i postanawiamy, że tu pozostaniemy. Jadąc na granicę musielibyśmy liczyć się z 3 - 4 godzinami na granicy i później szukać hotelu w Osetii. Przy obiedzie spotykamy Polaków, którzy odwiedzili już klasztor Cminda Sameba i od tygodnia zwiedzają Gruzję. Nie powiedzieli nam jednak jaka tam jest droga, a i Wasyli, u którego będziemy mieszkać lekko się zdziwił, że motocyklami tam chcemy jechać. Jednak nie odwodził nas od tego pomysłu. Ruszyliśmy więc w drogę. Na głównej drodze znak, że do celu 6,5 km. Skręcamy i lecimy. Droga wprawdzie dziurawa, ale da się jechać. Struktura drogi jedna zmienia się bardzo szybko. Najpierw podziurawiony asfalt, po 200 metrach szuter, kawałek dalej szuter z poprzecznymi wyrwami i dalej kamienie ze wszystkim czego mogliby sobie życzyć off roadowcy. To nie na nasze opony i ciężkie motocykle. Po 1,5 km i dwóch glebach zawracamy. Wasyli stwierdził don't wory i po kilku minutach mkniemy jego Mitshubishi pod górę. Dobrze, że zawróciliśmy bo wyżej jeszcze były atrakcje w postaci błota na drodze, winkli 180 stopni z wyrwami i wystającymi głazami. Jako przestroga, na dole jednej ze skarp, w lesie leżała świeża Łada Niwa.
Nie ważne czym, ale warto udać się na górę i zobaczyć klasztor oraz otaczające go góry.

08.07

Po śniadaniu u Wasylija jedziemy na rynek jeszcze do sklepików i do kafejki skorzystać z wi-fi, a następnie wyruszamy w kierunku Rosji. Droga jak dnia poprzedniego - fantastyczne widoki, asfalt, ale i trochę szutrów. Granica gruzińska to jedna wielka budowa z długachną kolejką samochodów. Za radą spotkanych motocyklistów gramolimy się powoli do przodu. Nikt nie protestuje, przy pierwszej bramie policjant pyta coś przez radio i pokazuje abyśmy podjechali do przodu. Granica Gruzińska za nami. Do przejścia rosyjskiego jedzie się około 3 km, a tam kolejka między betonowymi zaporami, między którymi nie przejedziemy. Odstaliśmy około 40 minut i drugie 40 na wypełnianiu kwitków oraz chodzeniu od okienka do okienka. Długo, jednak bezproblemowo i jesteśmy w Rosji. Na pierwszych kilometrach dużo posterunków przed którymi nas ostrzegano - przejeżdżamy jednak bez problemu. MIjamy Władykałkaz i docieramy do Biesłanu. Miasteczka, które za sprawą zamachu terrorystycznego w 2004 roku stało się znane na całym świecie. Najpierw odwiedzieliśmy Miasto Aniołów - to wydzielona część cmentarza z pomnikiem symbolizującym anioły wzbijające się ku niebu i jednakowymi mogiłami zabitych w zamach. Widok ten powoduje ciarki na plecach. Jeszcze większe i smutne wrażenie robi szkoła z salą gimnastyczną zachowaną w stanie jakim została po zamach. Zdjęć nie zamiszczamy, gdyż wizyty w tym miejscu nie traktowaliśmy w kategoriach atrakcji turystycznych.
Następny nocleg w Pjatigorsku.

09.07

Poprzedniego dnia ustaliliśmy, że zostaniemy  jeden dzień w Rosji, nad morzem. Chcieliśmy coś zjeść na spokojnie i zobaczyć jak wygląda wieczór nad morzem w Rosji. Postawiliśmy na miasto Taganrog położone niedalego Rostowa na północno - wschodnim wybrzeżu Maorza Azowskiego. Jazda upłynęła dość spokojnie, choć cały czas zachowywaliśmy czujność na gęsto rozstawione posterunki. Dobre wrażenie zrobił na nas przydrożny szaszłyk. Trzeba przyznać, że szaszłyki w Gruzji i Rosji są rewelacyjne. Nieporozumieniem natomiast było typowanie Taganrogu jako miejsca do odpoczynku. Żadnej plaży, żadnych restauracji - porażka. Rano lecimy na Ukrainę.

10.07

Po odprawie granicznej (dość sprawnie i bezproblemowo) i 100 km spacerku jesteśmy w Mariupolu na Ukrainie i żałujemy, że nie przyjechaliśmy tu wczoraj. Rosji nam się zachciało. Tu można posiedzieć nad morzem, wykąpać się, a wzdłuż plaży są fajne knajpki. Szkoda, że jutro musimy jechać.

11.07

Wieczór nam się troszkę przeciągnął bo od dziś odliczamy kilometry powrotu. Teraz już mamy jeden cel - wrócić do domu. Dziś etap do Poltavy - prawie 600 km. Wystartowaliśmy po 12 i od początku mieliśmy obawy czy damy radę. Droga fatalna. Co chwila wyskok do góry lub dziury z takimi nierównościami, że trzeba zwalniać do tempa spaceroweko. Za Zaporożją ( gdzie produkowano kiedyś cudo techniki radzieckiej) droga trochę lepsza. Lecimy na Dniepropietrowsk, a później do Plotawy. Na mapie trasa wygląda nieźle, w większości ten odcinek to autostrady. Mapę Ukrainy mamy z ubiegłego roku, sprzed Euro i jej treść grubo wyprzedza rzeczywistość.

12.07

Wyruszamy z Plotawy o 8.00 czasu Polskiego. Do Staszowa 1077 km. Przez dwie godziny robimy 170 km pomimo, że pierwszą godzinę jechaliśy przez miasta. Czym bliżej Kijowa tym tempo lepsze. Zaczyna nas korcić żby cały dystans zrobić dziś. Akumulator w Lusiego motocyklu sprowadzan nas jednak do porzednich planów. Wziął i nagle padł ( był nowy) - zero prądu. W całym nieszczęściu, na szczęście to tylko akumulator - żadna poważna awaria. Jedziemy szukać akumulatora. Jesteśmy prawie 200 km od Kijowa i dowiadujemy się, że taki akumulator trzeba z Kijowa przywieźć. Po 1,5 godzinnych poszukiwaniach kupujemy w końcu z mniejszą pojemnością, w miarę pasujący i po umocowaniu go jedziemy dalej. Dziś droga wyjątkowo dobra. Nic się nie dzieje - nużyzna. W końcu wyprzedza nas dwóch Ukraińców: jeden na BMW 1600 GT, drugi chyba na Hondzie PanEuropen. Podczepiamy sie po nich i jedziemy ich tempem. Droga mija szybko i przestało być sennie. Po jakiś 20 km prowadzący po wyjściu z zakrętu zostaje sprowadzony do boku przez posterunek z kamerką. My wracamy do swojego tempa i przed 20.00 jesteśmy w Rywnie, gdzie będziemy nocować. Ukraińcy nas doszli jeszcze przed Rywnie, ale nie podczepialiśy się już pod nich.

13.07

To już ostatni dzień. Zleciało szybko: i czas i droga. Wyruszamy po dziewiątej miejscowego czasu. Na początku droga fatalna, ale po kilkunastu kilometrach przeplatają się odcinki lepsze i gorsze. Mijamy Łuck, a za Łuckiem wyprzedza nas polska delegacja rządowa. Wiemy, że na Ukrainie jest nasz Prezydent i jutro ma być w Łucku. Wczoraj w telewizji oglądaliśmy program o Wołyniu. Inaczej przedstawiane są fakty historyczne niż u nas, ale trochę racji Ukraińcom trzeba przyznać - nie jesteśmy jedynym umęczonym narodem na świecie. Za Łuckiem pojawia się chmura burzowa i oczywiście w takim momencie nie ma gdzie stanąć aby zdjąć ubrania i pozapinać membrany. Po 5 minutach jesteśmy przemoczeni - przestaje padać, pojawia się stacja benzynowa, na której się przebieramy i jedziemy do granicy. Na przejściu kolejka idzie ślamazarnie, ale udaje nam się przebić do przodu i po kilkudziesięciu minutaj jesteśmy w Polsce. Podkreślić trzeba bardzo miłą obsługę zarówno przez Ukraińców jak i naszych celników i pograniczników. Nie to co w Medyce w ubiegłym roku. Przed Hrubieszowem zatrzymujemy się w w przydrożnym motelu z restauracją Szałas. Polecono nam ten lokal na granicy bo tanio i dobrze można zjeść. Tanio rzeczywiście, dobrze niekoniecznie, a i obsługa jakaś taka ślamazarna i niezorganizowana - nie polecamy. Do Staszowa lecimy drogą 74 i między szesnastą, a siedemnastą jesteśmy na myjni. Dojechaliśmy szczęśliwie choć jeszcze przed niktórymi z nas jutro około 400 km.
To koniec naszej tegorocznej podróży lecz nie koniec relacji. Poniżej wkrótce znajdzie się podsumowanie dotyczące m.in. cen paliwa, hoteli, wrażeń itp, a także filmy z przejazdu Drogą Wojenną.