First Grand Tour - Sycylia 2009

To nasz pierwszy poważny wyjazd po Europie. Założenie było takie, że jedziemy na Sycylię w jedną stronę wschodnim wybrzeżem Włoch, a wracamy zachodnim – jak wyszło można zobaczyć i przeczytać. Na wyjazd zdecydowała się pięcioosobowa ekipa (dołączył Michał na Harleyu, który był jedyną osobą, posiadającą doświadczenie w tego typu wyjazdach). Ponadto jechały trzy BMW F 650 GS i Yamaha V-Star 1100. Wyjazd nastąpił w dniu 15 sierpnia, a na miejsce zbiórki wyznaczyliśmy sobie ostatnią stację benzynową przed przejściem w Cieszynie. Każdy z nasz mieszka w innej części Polski zatem był to najlepszy punkt. Na miejscu w komplecie byliśmy około 15.00 i po krótkiej naradzie ruszyliśmy. Jadąc krótki odcinek przez Czechy kierowaliśmy się do Żiliny na Słowacji, a następnie autostradą D1 do Bratysławy i na Węgry. W związku z faktem, iż tego dnia dość długo zeszło nam z dojazdem do Cieszyna to i na Węgrzech za dużo nie ujechaliśmy. Po minięciu autostrady M1, jadąc drogą E 65 zaczęliśmy poszukiwać noclegu – trochę późno bo zrobiło się już ciemno. W dwóch napotkanych hotelikach były wesela i nie było miejsca, trafiliśmy na coś w rodzaju gospodarstwa agroturystycznego na zupełnym uboczu. Okazało się, że właściciele bardzo chętnie nas przyjmą na nocleg, ale nie mają kolacji ponieważ nie spodziewali się żadnych gości. Nasze marudzenie, że chce nam się jeść spowodowało, iż gospodyni usmażyła nam kilkanaście schabowych i wiaderko frytek, a gospodarz znalazł kilka piwek i miło spędziliśmy wieczór. Rano po obfitym śniadaniu pożegnaliśmy się z gospodarzami i w drogę.

Zgodnie z planem kierowaliśmy się w kierunku granicy Słoweńskiej, aby przez ten kraj dojechać do Włoch. Na tym etapie powstała pierwsza korekta planu. Ktoś rzucił - pojedziemy do Chorwacji i z Dubrownika przepłyniemy do Włoch. Lusi nie miał paszportu więc przyjęliśmy alternatywę – jak nas wpuszczą to jedziemy do Dubrownika, jak nie to trzymamy się pierwotnego założenia. Na granicy chorwackiej nikt nam problemów nie stwarzał z tak błahego powodu jak brak jednego paszportu i następny nocleg spędziliśmy niedaleko Rijeki nad Adriatykiem. Po pierwszym popołudniu stwierdziliśmy, że jazda do Chorwacji była dobrym pomysłem. Stwierdziliśmy, że następny nocleg będzie jeszcze sporo przed Dubrownikiem aby skorzystać z uroków chorwackiego wybrzeża. Zatrzymaliśmy się za Splitem w jednej z niewielkich miejscowości rozsypanych wzdłuż wybrzeża. Żeby w pełni korzystać z uroków tego zakątka postanowiliśmy nie szukać kwatery i nie rozbijając nawet namiotów noc spędziliśmy na plaży. Chorwacja tak nas rozleniwiła, że następnego dnia wyruszyliśmy do Dubrownika dopiero w godzinach popołudniowych. Przejechaliśmy wprawdzie niewiele ponad 200 km, ale trwało to do wieczora. Trasa adriatycka nie jest stworzona do szybkiej jazdy, a widoki rozciągające się z niej powodują, że co kawałek zatrzymywaliśmy się. Przy jednym z takich postojów dodatkowo jeden z nas zjeżdżając z asfaltu zaliczył glebę i trzeba było trochę czasu żeby zrobić drobne naprawy w motocyklu. Historia z upadkiem była spowodowana brakiem naszego doświadczenia w jeździe kolumną i przy zjeździe na parking zrobiło się ciasno co spowodowało upadek jednego z nas. Nie mniej była to lekcja jak nie należy się zachowywać w kolumnie i później nie mieliśmy już tego typu problemów.

dsc_0101.jpg

Zatrzymaliśmy się również na obiad w Bośni i trzeba przyznać, że było warto. Świeże rybi i owoce morza smażone w naszej obecności na grillu zrobiły na wszystkich wrażenie. Ponadto warto się tam zatrzymać na tankowanie i drobne zakupy bo ceny są znacząco niższe niż w Chorwacji. Pod wieczór znaleźliśmy kwaterę 4 km przed Dubrownikiem z tarasem na wysokiej skarpie brzegowej i tam spędziliśmy właściwie 2 dni. Jeden dzień dodatkowo ponieważ okazało się, że na dzień zaplanowanej przeprawy do Włoch nie ma już biletów i musimy poczekać do dnia następnego. W zaplanowanym dniu pobytu zwiedziliśmy Dubrownik, a w dniu nadplanowego postoju udaliśmy się do Czarnogóry do miejscowości Budva. Wieczorem siedzieliśmy już na promie do Barii we Włoszech (koszt przeprawy – 1 osoba z motocyklem około 100 €). Podróż promem w nocy ma tę zaletę, że po pierwsze nie trzeba szukać noclegu, a po drugie człowiek się przemieszcza i rano może jechać dalej motocyklem. I taki mieliśmy zamiar po zejściu z promu, ale okazało się, że Harley odmówił współpracy i został wytoczony z pokładu. Pierwsza diagnoza była taka, że w ładowni alarm wył całą noc i padł akumulator. Uprzejmy taksówkarz użyczył nam urządzenie rozruchowe i po kilku minutach jechaliśmy w kierunku Sycylii. Po około 150 km zatrzymaliśmy się żeby uzupełnić paliwo i zrobić drobne zakupy. Chcemy jechać dalej, a Harley swoje – nie współpracuje, nic się nie świeci jednym słowem dramat. Konsultacje z mechanikiem nic dobrego nie wróżyły, a we Włoszech w sierpniu wszystko zamknięte. Nie mając wielkiej nadziei zaczęliśmy sprawdzać różne elementy i … dokręcenie poluzowanego przewodu na akumulatorze rozwiązało cały problem. Jedziemy dalej. Jadąc przez góry Kalabrii mieliśmy obawy związane z pojawiającymi się nad szczytami deszczowymi chmurami. Temperatura powietrza spadła do około 25 stopni co stanowiło miłą odmianę w stosunku do wcześniejszego odcinka trasy, na którym żar z rozgrzanego asfaltu był niemiłościwie dokuczliwy. Ponadto autostrada A3 w tej części Włoch stworzona jest do jady motocyklem: mnóstwo zakrętów, podjazdów i zjazdów urozmaiconych całą masą wiaduktów i tuneli. Krótko mówiąc bardzo przyjemny odcinek dla turystyki motocyklowej. Popołudniu dotarliśmy do Reggio di Calabria skąd co pół godziny odpływają promy na Sycylię (koszt z motocyklem 10 €). Cała przeprawa trwa około 40 minut. Korzystając z tego czasu posililiśmy się jakimiś kulkami faszerowanymi ryżem i mięsem i lądując w Messinie byliśmy gotowi do dalszej jazdy.

dsc_0247.jpg

Widok Messiny z promu jest niezły i niczego złego nie wróży. Wyjeżdżając z portu jednak jedzie się przez dzielnicę wyglądającą na opuszczoną ze względu na ciągłe walki gangów. Poobdzierane budynki, powybijane szyby, spalony samochód i wszędzie pełno śmieci. Z taką wizytówką na dzień dobry zetknęliśmy się na Sycylii. Czym prędzej wyruszyliśmy w kierunku południowym i kilka kilometrów za Messiną zatrzymaliśmy się na nocleg. Okazało się, że z noclegiem nie jest tak łatwo jak na Chorwacji i spędziliśmy kolejną noc na plaży – tym razem nie na własne życzenie, a z konieczności. Do tego plaża nie należała do najpiękniejszych ponieważ substancja z jakiej się składała w większości była pochodzenia wulkanicznego w kolorze szarym, a na dodatek idąc plażą wznosiły się tumany kurzu. Nic to. Rano ruszyliśmy dalej i po drodze na Etnę postanowiliśmy zatrzymać się w miasteczku Taormina położonym na zboczu gór wpadających niemal do morza. Miasteczko ma niesamowity klimat i wrażenie jakie na nas zrobiło było zgoła odmienne od wrażeń wyniesionych z Messiny. Wjechaliśmy na najwyższy z możliwych punktów skąd można było dojść do ruin zamku – niestety ze względu na fatalny stan ruiny były niedostępne dla zwiedzających. Niedostępność zamku zrekompensował nam widok ta Etnę, wybrzeże Sycylii i południowe wybrzeże Włoch.

dsc_0267.jpg

Po tej krótkiej wizycie w Taorminie udaliśmy się na Etnę. Prawdę mówiąc Etnę wyobrażaliśmy sobie trochę inaczej, a nasze wyobrażenia potwierdzał widok Etny od południowej strony jako jednej góry z kraterem. Etna jest jednak masywem z wieloma wygasłymi i uśpionymi kraterami. Do wysokości – około 2500 metrów wyjeżdża się kolejką i my z tego dobrodziejstwa za „jedyne” 27 € skorzystaliśmy. Wyżej – o jakieś 300 metrów - można wyjechać autobusem terenowy co kosztuje kolejne 25 €, ale z tego dobrodziejstwa nie skorzystaliśmy już. Etna ma wysokość coś około 3100 i tam już turyści nie docierają. Trzeba przyznać, że już tam gdzie dociera kolejka widoki są księżycowe (oczywiście pod warunkiem, że nie patrzy się na stację). Wokół popiół i wygasłe kratery. Niesamowite wrażenie robią widoczne z kolejki bujne rośliny rosnące kępami na popiele. Z Etny zjechaliśmy do autostrady A 19 podziwiając po drodze formy pozostawione przez lawę. W fory te wkomponowane były również domy, których tylko dachy wystawały ponad skały. Zjeżdżając do autostrady w jednym z miast pobłądziliśmy trochę i wyjeżdżając jakąś drugorzędną drogą znów objawiło nam się drugie oblicze Sycylii. Wysypisko śmieci wzdłuż drogi. Na odcinku kilkuset metrów po obu stronach drogi usypane były wały ze śmieci. Na autostradzie w lekki szok co rusz wprowadzały nas fruwające reklamówki, ale jakoś szczęśliwie dotarliśmy w okolice Palermo. Podczas pokonywania tego odcinaka zapadła kolejna decyzja korygująca nasz plan wyjazdu. Nie wracamy przez Sycylię – płyniemy na Sardynię i Korsykę i stamtąd do Włoch. Na stacji benzynowej przed Palermo spotkaliśmy miłego Sycylijczyka podróżującego Hondą 600 Burgman, który dowiedziawszy się, że wybieramy się na Sardynię zakomunikował nam, że za jakąś godzinę mamy prom i on zaprowadzi nas do portu. Przez miasto jechaliśmy z prędkością delikatnie mówiąc nieprzyzwoitą po czym gość na miejscu powiedział, że tak wolno to on po Palermo jeszcze nie jeździł. W porcie okazało się, że biletów już nie ma i są tylko na dzień następny z Trapani – miejscowości oddalonej o ponad 100 km na zachód. W wolnym tempem udaliśmy się więc w zachodnim kierunku jedząc po drodze kolacje w knajpce, w której odbywał się festiwal karaoke. Po kolacji poszukiwanie noclegu i tu rozczarowanie. Trudno w tej części wyspy w małych miejscowościach znaleźć hotel, a te które udało nam się zlokalizować były fatalne za to w cenach około 60 €. Kiedy przeszła nam ochota na dalsze poszukiwania rozłożyliśmy się na karimatach przy stacji benzynowej. Rano obudził nas dźwięk motocykli i okazało się, że przyjechała obsługa stacji na motocyklach. To że miło zostaliśmy przyjęci na ich terenie jest chyba sprawą oczywistą. Ten dzień przeleżeliśmy na plaży, a wieczorem odpoczywaliśmy w kajutach płynąc na Sardynię(za ”jedyne” 110 €). Rano na promie wymieniliśmy wrażenia z Węgrem, który robił podobną trasę z tym, ze na Sycylię przyjechał jadąc przez całe Włochy. Podróżował z partnerką GS-em 1200. Od rana po zejściu z promu rozpoczęliśmy marsz w kierunku północnym i tak w ciągu dnia przejechaliśmy Sardynię. Mieliśmy spotkanie z tutejszą Policją, a ściślej rzecz ujmując z Karabinierami, którzy zatrzymali nas chyba trochę z nudów, a trochę z ciekawości.
Dalej po krótkiej przeprawie promowej byliśmy na Korsyce. Jadąc od Sycylii na północ wszyscy zauważyliśmy pewną prawidłowość: czym dalej na północ tym czyściej i jakoś tak porządniej. Korsyka pod tym względem w stosunku do Sycylii wypada rewelacyjnie natomiast cenowo jest - delikatnie mówiąc - nieco gorzej. Rozbiliśmy się na kempingu pierwszy raz używając naszych namiotów. Z tym, że słowa kemping w tym przypadku nie należy kojarzyć z kempingami spotykanymi w naszym kraju – to zupełnie inna bajka. Każdy ma swoje miejsce między czystymi alejkami, węzły sanitarne są estetyczne i czyściutkie, generalnie panuje porządek i spokój. Kolejny dzień to przejazd przez Korsykę wzdłuż wschodniego wybrzeża z małą przerwą na kąpiel w ciepłym morzu. Ten etap jazdy okazał się bardzo przyjemnym zarówno ze względów widokowych jak i komfortu jazdy. Wiaterek wiejący od morza powodował, że jadąc nie odczuwało się temperatury palącego słońca i rozgrzanego asfaltu. Promem z Korsyki dobiliśmy do Livorno więc byłoby nieporozumieniem gdybyśmy nie zajrzeli do pobliskiej Pizy z jej krzywą wieżą. Kiedy kończyliśmy wizytę w Pizie zrobiło się ciemno, a chcieliśmy dotrzeć jeszcze do jeziora Garda, gdzie wypoczywała część naszych rodzin. W związku z tym, że to około 300 km chcieliśmy pojechać drogą najkrótszą. Po kilku kilometrach okazało się, że to droga kręta, górzysta i na nocną eskapadę zbyt niebezpieczna. Wróciliśmy na autostradę i przed drugą w nocy byliśmy nad Gardą, gdzie spędziliśmy trzy dni. Ostatni etap naszej podróży to przejazd z nad Gardy do Legnicy około 1100 km autostrad.

dsc_0362.jpg

Wyjazd to ponad 5 000 km i ponad 500 żeglugi promami. Jedyna awaria to opisywana w tekście awaria Harleya. Podczas podróży przejeżdżaliśmy przez terytoria 10 państw: Czechy, Słowacja, Węgry, Słowenia, Chorwacja, Bośnia, Czarnogóra, Włoch, Austria i Niemcy. Trasę przejazdu pokazuje mapka: maps.google.pl/maps/ms Mapka nie uwzględnia przejazdu przez Bośnie ponieważ w latach wcześniejszych nie było to możliwe i w Google jeszcze tego nie uzupełniono.