Alpy 2015

Czas leci - to już nasz siódmy wyjazd. Początek to króciutki etap z Legnicy do Pragi z krótkim postojem w serwisie w Jeleniej Górze. Dalej przejazd przez Jelenią Górę i Szklarską Porębę. Za Polaną Jakuszyską postój i obiadek pod skocznią w Harrachovie. Dalej prosto drogą do E65 do Pragi gdzie mieliśmy zarezerowany hotelik U Zlate Podkovy na ul. Nerudova 34. Cena noclegu w pokoju dwuosobowym ze śniadaniem 50 euro. Cena zważywszy na położenie - bezpośrednio pod Hradczanami i około 15 min spacerem od Mostu Karola. Ponadto menager Honza okazał się miłym gościem. W Pradze nam się tak spodobało, że postanowiliśmy zostać jeden dzień dłużej. Oczywiście zaliczyliśmy główną traskę turystyczną od Hradczan przez Most Karola do Starego Miasta uwzględniając gastronomię w takich lokalach jak: U Zelene Brmy, U Cerneho Vola czu u Kocura.
W niedzielę równiez króciutki odcinek około 200 km na południe do Czeskiego Krumlova. Kto nie był niech jedzie! Fantastyczny klimat starego miasteczka z olbrzymim zamkiem. Krumlov wyróżnia od innych takich miejsc to, że nie spotkaliśmy się z żadną natarczywością. Pomimo, iż turystów jest wielu to nie odczuwa się tłoku - ludzie siedzą w knajpkach, których jest cała masa, spacerują, kąpią się w rzece, albo pływają na różnościach po dość wartkim nurcie. Aby opisać urok tego miasteczka musielibyśmy poświęcić mu całą zakładkę - miasteczko naprawdę warte zobaczenia Ceny jak na takie miejsce nie przerażają - za czteroosobowy pokój w centrum nad samą rzeką ze śniadaniem zapłaciliśmy niecałe 100 euro. Piwo w knajpkach w przeliczeniu na zł: od 4 do 7 zł. Jedzenie też nieźle bo za naprawdę sytą kolację trzeba mieć około 8-10 euro. Można byłoby w Krumlovie spędzić jeszcze troszkę czasu, ale przed nami jeszcze sporo do przejechania więc rano ruszamy dalej.
Dla informacji wspomnieć jeszcze trzeba, że benzyna w Czechach kosztuje od 32 do 38 koron tj. około 5,10 - 5,60 zł.

07.07 to juz poważniejsza jazda bo oprócz autostrad było troszkę gór, a i zwiedzanie Orlego Gniazda troszkę czasu nam pochłoneło. Zacznijmy od trasy. Z Krumlova wyjachaliśmy około 10.00 drogą nr 160 i dalej 161 do granicy austryiackiej. Za granicą drogą 126 do Linz, tam na A7 i po godzinie bylismy w Salzburgu. Po zjeździe z autostrady za Salzburgiem przekroczyliśmy granicę i po kilkunastu kilometrach piliśmy kawkę w bawarskim miasteczku Berchtesgaden. W zasadzie częścią tego miasteczka jest Obersalzberg, który stanowi start do wizyty w Orlim Gnieździe - górskiej willi podarowanej Hitlerowi na 50 urodziny przez naród niemiecki. Willa położona jest na wysokości ponad 1800 mnpm. Pod szczyt, na którym umiejscowiona jest willa podjeżdża się specjalnym autobusem drogą długości 6,5 km przy różnicy wzniesień 700 m. Następnie maszeruje się tunelem wydrążonym w skale do windy, którą wyjeżdża się koleje 124 m. do góry. I tu rozczarowanie. Wprawdzie widoki zapierają dech w piersi, ale willa jest jedną wielką resauracją, obłożoną dookoła parasolami reklamującymi piwo.
Po powrocie na parking jemy obiad i rozpoczynają się poszukiwania noclegu. Parking na czas wyjanu do góry dla motocykli jest bezpłatny. Można pozostawić ubranie i kaski na motocyklach (wszyscy tak robią) ewentualnie zamknąć je w szawkach przy autobusach. Objad równiez w znośniej cenie do 10 euro, a wyjazd ze wstępem do willi na górze to koszt 16 euro.
Dziś nocujemy w Pensjonacie Susi kilkanaście kilometrów za Bischofshofen.

  Pensjonacik u Susi okazał się miłym miejscem z dobrym śniadaniem za około 20 euro od osoby. Na rozgrzewkę wybraliśmy sobie dwie przełęcze o najniższym stopniu trudności: Dientner (1351 m) i Fizen (1291 m.). Traski mozna by przyrównać do bieszczadzkich tras z tym, że tło nieco inne ponieważ z przełęczy widać wiekie, ośnieżone alpejskie szczyty. Robimy krótką pauzę w Zell a See i jedziemy w kierunku - chyba najpopularniejszej wśród motocyklistów - przełęczy Grossglokner. Pogoda zczyna sie załamywać co nas mocno niepokoi bo na wyskokości  2500 m z pogodą nie ma żartów. Przejazd przez przełęcz jest niestety płatna i to nie mało - 24,50. W cenie otrzymuje się folder m.in w języku polskim oraz pamiątkową naklejkę. Początkowa część podjazdu prowadzi serpentynami w zalesionym terenie i więcej nic nie możemy napisać ponieważ jechaliśmy w warstwie chmur, które ograniczały widoczność do 50 - 100 m. Na szczęście po wjechaniu na górę trochę zaczęło wiać i rozgoniło chmury, a my momentami mogliśmy podziwiać panoramę roztaczającą się z przełęczy m.in. na szczyt Grosglockner (3797 m.). Zjazd z przełęczy odbywał się już w dobrej pogodzie i mieliśmy nadzieję, że tak będzie przez dalszą część dnia bo zaplanowaną mieliśmy jeszcze przełęcz Staller Sattel (2052 m.). Na szczęście pomyliliśmy drogę i nie pojechaliśmy na tę przełęcz. Tak, tak - na szczęści ponieważ zerwała się nagle taka burza z wiatrem i deszczem, że na przełęczy byłoby z nami krucho. Burzę przeczekaliśmy i ruszyliśmy w kierunku Cortina d' Ampezzo. Niestety we Włoszech znaleźź wi-fi nie jest łatwo i w poszkukiwaniu tego niezbędnego wynalazku zatrzymaliśmy się w hotelu Ploner kilkanaście kilometrów przed Cortina d'Ampezzo na drodze  SS 51. Oczywiście wi-fi było dostępne jedynie dla gości, a że padał deszcz postanowiliśmy zostać. Nie popełniajcie tego błędu i nie zatrzymujcie się w tym hotelu pod żadnym pozorem. Masakra za 30 euro od osoby. Wi-fi tylko przy recepcji, hotel był może niezły w latach siedemdziesiątych, ale od tego czasu nic się nie zmianiło. Bar z bardzo ubogim menu, za to ceny kosmiczne. Piwo 6 euro, śniadanie 15 więc poszliśmy spać bo w okolicy nic więcej nie było.
Rano wyruszyliśmy w kierunku Cortina d'Ampezzo. Dojazd do miasta trał kilkanaście minut, pogoda sie wyklarowała i po przejeździe przez miasto zatrzymalismy się na podziwianie panoramy miasta. Dalszy plan był taki, ze pojedziemy na przełęcz di Giau (2230 m.), ale znów pomyliliśmy drogi. Tu trzeba wtrącić uwagę o słabym oznakowaniu dróg. Na drogowskazach rzedko pojawia się nr drogi, a nazwy miejscowości trudno spamiętać. Nic jednak straconego bo każdy kierunek w Dolomitach jest świetny i okazało się, że jedziemy na przełęcz di Falzarego (2117 m.) do której prowadzi świetna dla motocyklistów trasa tyle, że nie mozna było poszaleć bo ruch był duży. Obszar ten był sceną działań wojennych w casie I Wojny Światowej. Dalej pojechaliśmy na przełęcz di Valparola (2192 m.) Następna przełącz to di Gardena, do której droga prowadzi najblizej masywu Sella. Ostatnią traską w Dolomitach była jazda przez przełęcz Sella-Sellajoch (2213 m.). Przełęcz położona jest u podnuża skały Piz Gralba (2975m.)
Potrzebny byłby jeszcze z jeden dzień aby objeździć ważniejsze traski w Dolomitach. Nie bęizemy silić się na opis uroków tych gór - skał bo byłoby to trudne. Nawet zdjęcia nie oddają tego co oglada się na żywo. To, że nie objechaliśmy wszystkiego jest może i plusem ponieważ jest powodem do powrotu na te trasy. Dla tych, którzy bedą chcieli tu przyjechać rada jest taka, że oprócz podziwiania widoków trzeba ciągle zerkać w lusterko bo fanatycy szybkiej jazdy po winklach wyprawiają czasami takie rzeczy, że szok.
Na koniec dnia zaliczylismy jeszcze trzy przełęcze: Costalunga (1745 m.), Lavaze (1808m.) i Manghen (2047 m.). Noc spędziliśmy w miejscowości Sarche jakieś 40 km na zachód od Trydentu.

10 lipca. Wyruszamy drogą SS237 do miejscowości Tione aby tam rozpocząć wspinaczkę na przełęcz Passo Campo Carlo Magno (1682 m.), a następnie Passo Del Tonale (1883 m.). Przejazy przez obie przełęcze są dość łatwe technicznie i stanowią dobrą rozgrzewkę do dalszej jazy. Przejazd łatwiejszymi odcinkami ma też dobre strony ponieważ mozna się troszkę porozglądać na boki, a choć obie przełęcze nie należą do najwyższych to widoki są z górnej półki (zresztą jak wszędzie w Alpach). Kolejny etap tego dnia to zjazd z drogi SS42 prowadzącej przez Passo Del Tonale na drogę SP29 i wspinaczka na Passo Di Gavia (2618m.). Tej traski nie polecamy początkującym motocyklistom, należy ona bowiem do jednych z najtrudniejszych technicznie tras jakimi jechaliśy. Szcególnie trudny jest południowy odcinek trasy, gdzie bardzo wąska droga, na której wyminięcie dwóch motocykli jest problemem prowadzi ostrymi wirażami do gór. Na drodze właściwie brak jest zabezpieczeń, a każdy błąd kierowcy przy najmniejszej prędkości może skończyć się wypadnięciem z trasy. Taki wypad z trasy nie kończyłby się jak na normalnej drodze w rowie, a 200 - 300 m nizej. Przełęcz stanowi płaskowyż położony pomiedzy szczytami sięgającymi ponad 3 tys. metrów z widokiem na lodowiec. Trasa ta stanowi również część etapu wyścigu Giro d'Italia. Po wrażanieach z tej trudnej, ale i pięknej trasy zatrzymujemy się na obiad kilka kilometrów przed Bormio. Rozmawiamy z właścicielem knajpki o trasach i przekonuje nas do zmiany naszych planów. Jedziemy na przełęcz Stelvio (2757 m.). Najpierw drogą SS38 zwaną również Strada del Passo dello Stelvio wjeżdżamy na przełęcz Umbrailpass (2503m.) skąd skręcając w prawo około 2-3 odcinkiem dojeżdżamy do przełączy Stelvio. Bez wątpienia to jedna z najefektowniejszych tras motocyklowych w alpach. Widok z góry jest niesamowity. Stopień trudności mozna określić jako średni choć przejazd wymaga olbrzymiej koncentracji. Wystarczy powiedzieć, że na trasie ( ze zjazdem w kierunku Szajcarii) jest ponad 60 zakrętów powyżej 150 stopni o bardzo ostrym nachyleniu. Na zjeździe w kierunku Prato takich zakrętów jest łącznie prawie 90. Można śmiało powiedzieć, że przełęcz stanowi obowiązkowy punkt programu we Włoskich Alpach.