4th Grand Tour - Black Sea 2012

Mapa z trasą przejazdu: goo.gl/maps/QCm1
Nowością w stosunku do wcześniejszych relacji są w tekście linki z nagraniami z trasy przejazdu wyróżniające się kolorem czerwonym dla łatwiejszego ich odszukania.

No to jesteśmy :)

Wszystkich, którzy postanowili śledzić nasze poczynania musimy przeprosić za brak relacji do dziś, ale niestety na Ukrainie internet nie jest jeszcze sprawą powszechną.

29.06 piątek wyznaczyliśmy sobie jako dzień zbiórki w Staszowie. Wieczorem spotkaliśmy się całym składem w staszowskiej pizzerni "Akwarium", gdzie ustaliliśmy ostatecznie jak jedziemy, co mamy jeszcze do załatwienia itp. Sobota godzina 11.00 jak dwa lata temu kawa na Orlenie w Staszowie i jedziemy youtu.be/mehEIJ0ik7k . Przejazd około 200 km do wschodniej granicy odbywa się bezproblemowo z tym, że zaplanowaliśmy przejście w Korczowej, a wylądowaliśmy w Medyce. I tu nastąpiło pierwsze zderzenie ze starym systemem. W kolejce kilka samochodów - oczywiście nie ma mowy żebyśmy wjechali bez kolejki, mimo że ludzie w kolejce pokazują żebyśmy przejechali do przodu. Straż Graniczna ma swoje procedury i stojąc na około 20 miejscu spędziliśmy na przejściu około 2 godzin. GRATULACJE !!! dla służb granicznych. Późny wyjazd, granica i drogi spowodowały, że byliśmy w stanie przejechać łącznie około 400 km, a na nocleg zatrzymaliśmy się w Tarnopolu w hotelu Ternopil www.hotelternopil.com . Cena pokoju dwuosobowego to 400 hrywien plus 10 za parking strzeżony od motocykla. Jak na centrum sporego miasta to cena bardzo przyzwoita. Jeśli chodzi o drogi  na odcinku do Krymu etap pomiędzy Lwowem, a Tarnopolem bije wszelkie rekordy. Dziury i garby na "drodze" są takie, że w jednym BMW wypiął się kufer i wylądował w rowie. Na szczęście przyziemił bez podwozia jak swego czasu kpt. Wrona i nic się nie stało.

Drugiego dnia przejechaliśmy około 500 km i na nocleg zatrzymaliśmy się w Pierwomańsku. Przejazd był bezproblemowy i znaleźliśmy fajne miejsce w drewnianym domku z lokalem, w którym mogliśmy zobaczyć finał Euro 2012. Podkreślić należy, iż zobaczenie maczu w knajpce nie było rzeczą oczywistą ponieważ lokale na Ukrainie z reguły czynne są do godz. 23.00. My mieliśmy szczeście, mecz oglądaliśmy w towarzystwie właściciela motelu i nie było problemu z czasem otwarcia lokalu, a gościnność gospodarzy spowodowała, że rano musieliśmy odespać zarwane godziny z wieczora:). Jako ciekawostkę z minionego dnia należy odnotować przejazd autostradą M05 Kijów - Odessa. Autostrada jest o tyle ciekawa, że nie jest wyposażona w skrzyżowania bezkolizyjne, można na niej zawracać co jakiś czas, bezpośrednio przy drodze znajdują się stragany, a jadący kombajn nie jest niczym osobliwym.
01.07. Dystans z dnia na dzień rośnie. Dziś zaliczyliśmy 550 km i dotarliśmy do południowego wybrzeża Krymu do miejscowości Feodosja. Miejscowość niby próbuje stać się jednym z ośrodków wypoczynkowych na wybrzeżu Krymu, ale póki co nie jest warta odnotowania. Plaża, na której byliśmy zaniedbana, żadnego baru, a w bazpośrednim sąsiedztwie postindustrialne tereny. Jak się później okazuje Feodosja, wg naszej oceny, stanowi taką granicę dokąd warto jechać na Krymie. Parafrazując Maksia- jedziemy na wschód, tam musi być jakaś cywilizacja - niewarto. Do wschodniej granicy Ukrainy zostało nam 100 km skąd mamy prom do Gruzji.

02.07. ZMIANA PLANU!!! Jesteśmy w Kerczu. Po wielkich staraniach i dzięki uprzejmości napotkanych ludzi dowiedzieliśmy się skąd, za ile i mniej więcej kiedy odpływa prom do Gruzji. Wiadomości nie są dobre bo prom odpływa prawdopodobnie w piątek, a może w sobotę i nikt nie jest w stanie tego określić w miarę dokładnie. Tak tu już jest. Do tego wycieczka takim promem z motocyklem to koszt 400 dolarów. W związku z tym, że czasowo moglibyśmy się nie zmieścić w naszych założeniach ruszamy na zachód. Objedziemy półwysep krymski, a dalej się zobaczy. Dziś nas trochę zmoczyło i nocujemy w miejscowości Sudok. Spotkaliśmy jeszcze czterech kolesi wracających z Gruzji - mieli wizy i przejechali  przez Rosję. Pozdrowienia dla nich.
 
Czwarty lipca to dzień przerwy spędzony w Sudaku. Wprawdzie plaże nie zachwycają (są dość wąskie i z ciemnego żwirku), ale klimat miejscowości fajny, dobre jedzenie i ta ich gościnność. Przy okazji można było na spokojnie poprawić łańcuch w Dakarze.
 
img_0130.jpg
 
W czwartek jedziemy do Sewastopola wzdłuż wybrzeża drogą P29, M18 i H19. Okazuje się że jest to teren mocno górzysty i przejechanie 200 km. zajęło nam sporo czasu. Jednak podjazdy, zjazdy w kształcie serpentyn oraz widoki powodują, iż jest to świetna trasa do jazdy motocyklem. W trakcie postoju ustalamy, że nie będziemy wjeżdżać do Sewastopola bo trudno będzie znaleźć nocleg. Dwóch motocyklistów z Rosji doradziło nam aby pojechać do miejscowości Bałakława położonej na południowy wschód od Sewastopola. Na naszej mapie brak jest tej miejscowości, ale okazuje się, że w ogóle na mapach ta miejscowość pojawiła się na początku lat dziewięćdziesiątych. Wcześniej była tu baza wojenna floty czarnomorskiej. Miejscowość położona jest między górami wokół bardzo wąskiej zatoki wcinającej się dość głęboko w ląd. Po jednej stronie jest spora marina z niezłymi jachtami, a po drugiej pozostałości po bazie i nowe inwestycje. W Bałakławie spotykamy zaparkowane trzy motocykle na inowrocławskich numerach. Zostawiamy im swoje namiary i później okazuje się, że są to znajomi Przemka. Oczywiście doszło do spotkania i wieczór spędziliśmy w siedmiu na pogawędkach w knajpce przy miejscowych koniakach.
 
img_0162.jpg
Na najbliższe 550 km nasze plany są tożsame więc w piątek ruszamy w siedem maszyn do Odessy. Pierwsze 200 – 250 km idzie nieźle choć burza cały czas krąży w niedalekiej odległości, aż w końcu nas łapie. Robimy postój, jemy samse (taka bułka z mięsem i cebulą w środku, piecze się ją w wielkim garze, gdzie jest przylepiona do bocznej ściany) i powoli ruszamy. Niestety do końca dnia co chwila łapie nas deszcz. Przeżyliśmy również trzyminutową nawałnicę (nie było jak zjechać – barierki na boku) w trakcie której nie było praktycznie nic widać i trudno było utrzymać motocykl. Efekt był widoczny na poboczu: poprzewracane stragany z owocami, połamane drzewa. To, że na Ukrainie miasteczka są oddalone spory dystans od siebie, a pomiędzy nimi jest kukurydza lub zboże spowodowało, że dość długo musieliśmy jechać po ciemku i w deszczu zanim w miejscowości Kobleve znaleźliśmy hotel. Do Odessy zostało jakieś 40 km.
 
img_01511.jpg
Sobotni poranek w Koblewe przywitał nas upałem. Zanim wymieniliśmy waluty (tu w kantorach są kolejki i to niemałe), zjedli śniadanie zrobiła się 10.30. Do Odessy dojechaliśmy w kilkadziesiąt minut, a następne pół godziny zajęło nam kluczenie po mieście i szukanie słynnych schodów z „Pancernika Patiomkina”. Z kolegami z Endur Team pokręciliśmy się po mieście wypili kawkę i ustalili dalszy plan. Wyjeżdżamy razem za miasto jakieś 30 km, gdzie następuje pożegnanie. Chłopaki odbijają na Mołdawię, a my jedziemy na południe drogą M15 do Izmail, gdzie zamierzamy poszukać przejścia granicznego i przeprawić się do Rumuni. W Izmail okazuje się, że nie będzie to takie szybkie i proste bo w tych okolicach niema przeprawy przez Dunaj. W porcie doradzono nam żeby pojechać do Reni (jakieś 70 km na zachód) i tam jest przejście z Rumunią. No to jesteśmy w Reni z urwanym stelażem od kufra centralnego. Na ponad dwudziestokilometrowym odcinku trasy zaznaczonej na mapie jako E 87 czyli droga międzynarodowa były takie dziury, że trudno to opisać (być może później będzie tu link do filmu z tego przejazdu) Oto i obiecane nagranie: youtu.be/YbnBB8EzU0c. Reni to mała dziura, ale z przyzwoitym hotelikiem więc jest gdzie odpocząć, a jutro mamy nadzieję być w Rumunii.

Właściwie możnaby już podsumować pobyt na Ukrainie, zostało nam może 5 km do granicy. Jeśli chodzi o walory turystyczne to Krym jest rewelacyjny. Jednak nie w całości. Tę część od Feodosi na wschód aż do Kerczu można sobie darować natomiast pozostała część wybrzeża rewelacyjna. Podkreślić również trzeba gościnność i życzliwość Ukrainiców. Na każdym kroku spotykaliśmy przyjazne gest, uśmiechniętych ludzi i rzeczywiście czuliśmy się jak mile widziani goście. Do tych pozytywnych ocen trzeba jednak dorzucić jedną uwagę – drogi. Jeśli komuś przyjdzie do głowy pomysł żeby jechać w te rejony motocyklem innym niż turystyk a’la enduro to niech głęboko to przemyśli. Na granicy mołdawskiej spotkaliśmy śmiałka, który jakimś małym samochodzikiem próbował dojechać do Odessy. Urwał miskę olejową i zawrócił.
 Ceny: Paliwo (benzyna 95) nie przekracza granicy 12 hrywien za litr to jest około 5,40 zł. Z noclegami w granicach 150 hrywien od osoby (65 - 70 zł) niema żadnego problemów.
 
img_01661.jpg
Następnego dnia okazuje się, że pęknięty stelaż to nie wszystko. Na wertepach urwało też dwie śruby utrzymujące cały bagażnik. Trzeba rozebrać cały tył motocykla żeby wyjąć pozostałości urwanych śrub. Z naprawą schodzi nam około godziny potem śniadanie i ruszamy około 11.00. Do granicy dziesięciominutowy off roud i jesteśmy przed szlabanem. Tyle tylko, że to nie Rumunia, a Mołdawia. W południowej części Ukrainy wzdłuż Dunaju nie ma przejścia granicznego z Rumunią. Procedura przejścia niczym u Orwella. Trzeba zaliczyć pięć okienek i uiścić opłatę (chyba jakaś środowiskowa) równowartości dwóch euro. Następnie jedziemy około dwóch kilometrów i kolejna granica: Mołdawsko – Rumuńska. Tu idzie dużo sprawniej. Mołdawscy pogranicznicy tylko nas zarejestrowali, a Rumuni właściwie sobie odpuścili zupełnie. Jedziemy do miejscowości Galati, a później drogą nr 21 na południe do Bułgarii. Trzeba przyznać, że droga w dobrym stanie i Rumunię przemierzamy bardzo sprawnie. Po drodze zatrzymujemy się na zupełnie przyzwoity obiad (całość od osoby około 7 euro). Po obiedzie docieramy na nabrzeże Dunaju. Po drugiej stronie widać miasto Silistra w Bułgarii z tym, że … niema mostu. Byliśmy przekonani, że podczas tej wyprawy nie będzie pływania, a tymczasem płyniemy promem przez Dunaj. Koszt przeprawy (5 euro, ale chyba nas przekręcili bo w lejach coś około 13 tj. 2,5 -3 euro). Po drugiej stronie Dunaju tracimy około 30 min żeby znaleźć wjazd do Bułgarii. Brak oznakowania, a wjazd znajduje się w dawnym punkcie granicznym zarośniętym krzakami, gdzie trzeba jeszcze pokazać dokumenty pojazdu i swoje. Do Złotych Piasków mamy jakieś 140 km, a że droga dobra to po godzinie dziewiętnastej tutejszego czasu jesteśmy na miejscu. Złote Piaski to olbrzymi kombinat hotelowy przeładowany totalną komercją ukierunkowaną na turystykę plażową. Udaje nam się znaleźć kamping przed Złotymi Piaskami z własną plażą, restauracją i sklepikiem oraz cenami co najmniej dwukrotnie niższymi niż w „kombinacie hotelowym”. Kemping nazywa się Laguna, ale chyba nie mają swojej strony (namiary na kemping uzupełnimy). Zostajemy tu do środy rano.
W Rumuni cena benzyny 95 to około 6,20 tj. 5,70 - 5,80 zł
Poniedziałek i wtorek. Upał niesamowity. Plaża, piwko i dobre jedzenie. Dziękujemy chłopakom z Enduro Team za mms’a z Mołdawii. Nie odpisywaliśmy bo Przemkowi telefon padł, a tylko on miał wpisany numer. Przyślijcie linka do bloga na numer z wizytówki. Pozdrawiamy.
 
img_01841.jpg
Kamping fajny i mamy namiary: www.lagunavillageresort.com mail:laguna@lagunavillageresort.com
Wczoraj wieczorem zostaliśmy zaproszeni przez właściciela na wino. Wino niebylejakie bo Chardonnay z 1989 roku. Przy okazji dowiedzieliśmy się co nieco o historii właściciela. Otóż Veselin jest z zawodu kucharzem i przed laty był szefem kuchni w ambasadzie Bułgarii w Londynie. O jego przeszłości świadczą zdjęcia znajdujące się w knajpce m.in. z księciem Karolem czy Królową Angielską. Ponadto kuchnia serwowana w tej restauracji świadczy o tym, że piecze nad gastronomią trzyma ktoś kto się na tym zna. Wieczorem wpadliśmy do ... Paryża:)
 
img_0202.jpgimg_0199.jpg
No cóż, zostaliśmy jeszcze na środę i leniuchujemy. Po południu była burza. Będziemy miło wspominać ten kamping, jego właściciela i cały personel. Bardzo mili ludzie, a spokojny klimat kampingu przypasował nam wyjątkowo.
 
W czwartek wyruszamy dość wczesną porą jak na nas - po dziewiątej czasu miejscowego. W Złotych Piaskach jeszcze śniadanie, tankowanie i jedziemy w kierunku Varny. To zaledwie kilkanaście kilometrów. W Varnie tracimy trochę czasu bo nie jest najlepiej oznakowana i przejeżdżamy właściwie przez całe miasto wyjeżdżając na autostradę A2. Wydawało się, że pierwsze 100 km to będzie chwila, ale w połowie tego odcinka remont i kilkukilometrowy objazd zwalnia tempo przejazdu. Od Shumen droga E70/2 prowadzi nas bez żadnych przeszkód do granicy w Ruse. Na miejscu pobierania opłat za przejazd przez most (nie dotyczy motocykli) i przejściu granicznym po drugiej stronie nic się nie zmieniło od naszego przejazdu dwa lata temu. Rozsypujące się wiaty i fatalny stan drogi. Nawierzchnia na moście w stanie agonalnym. Po drugiej stronie Dunaju nie zatrzymujemy się tylko chwile krążymy po Giurgiu szukając wyjazdu na drogę 5B co pozwoli nam ominąć opisywaną dwa lata temu obwodnicę Bukaresztu. Udało się i po 100 km niezłej jazy po niezłej drodze  jesteśmy na A1. Dalej jedziemy drogą E81/7, a od Sibiu E81/1. Na noc zatrzymujemy się w hotelu RUSTIQ. Hotel położony jest jakieś 100 m od drogi, ale z daleka jest doskonale widoczny. Znajduje się w miejscowości Sintimbru dokładnie w połowie drogi pomiędzy miejscowościami Alba Iulia, a Teius www.rustiq.ro . Podróżującym tą trasą szczególnie polecamy to miejsce: po pierwsze ze wzglęcu na cenę: 13 euro od osoby z bardzo dobrym śniadaniem, a po drugie klimat i kuchnię. Jedzenia napradę rewelacyjne choć wieczorem niewiele z dość szerokiego menu udało nam się spróbować. Nagranie z przejazdu przez Rumunię youtu.be/plaKdJ3v9bw

Piątek trzynastego. Dziś pewnie osiągniemy szczyt jeśli chodzi o godzinę wyjazdu. Jeszcze niema ósmej czasu miejscowego, a niektórzy już po śniadaniu. Mamy zamiar dojechać dziś do Staszowa. 740 km. Ruszyliśmy o 8.45 i szaleństwo. Pierwszy przystanek w Oradea przed granicą Węgierską jakieś 230 km jazdy bez przystanku. Około południa przekraczamy granicę i dostajemy bonus czasowy - jest godzina 11. Po równej jak stół drodze E79 krajowe oznaczenie 42 i 47 pędzimy w kierunku Debreczyna, a później autostradą M35, M3 i M30 do Miszkolca skąd na północ do granicy Słowackiej drogą E71/E79 oznaczenie krajowe 3. Na Węgrzech nie tankowaliśmy ze względu na doświadczenia z lat ubiegłych (drogo). Węgry pożegnały nas drobnym deszczykiem, który co rusz pojawiał się na Słowacji. Przed Koszycami zrobiliśmy sobie postój na obiad w motelu, w którym nocowaliśmy dwa lata temu. Ku naszemu zdumieniu zostaliśmy rozpoznani przez personel. Po obiedzie szybciutko znaleźliśmy się na granicy w Barwinku gdzie musieliśmy się zatrzymać, zmienić odzież i wymienić żarówkę w jednym motocyklu. W międzyczasie przeszła porządna ulewa więc spędziliśmy troszkę czasu w okolicach przejścia i tu trzeba wrzucić kamyczek do polskiego ogródka. Odnosiliśmy się do stanu przejść, dróg itp. w innych krajach więc trzeba też napisać o Barwinku. O tej części kraju chyba ktoś zapomniał jeśli chodzi o inwestycje związane z infrastrukturą drogową - tyle! Do domu 200 km. Kiedy wydawało się, że niebo się rozjaśniło po jakiś 10 - 20 km zaczyna lać i tak przez reszte drogi. Do Staszowa docieramy przemoczeni około 21. Na rogatkach miasteczka wita nas brat Lusiego  z żoną Lusiego i małą Julcią:) Odstawiamy sprzęty i w ten sposób dobiega końca nasza czwarta wyprawa.