3rd Grand Tour - Gibraltar 2011

 Poglądowa mapa z trasą przejazu maps.google.pl/maps/ms

23 czerwca

Dziś spotkaliśmy się w Legnicy. W komplecie byliśmy byliśmy przed dwudziestą drugą. Pogrzebaliśmy trochę przy motocyklach i ustaliliśmy drogę na jutrzejszy dzień. Ostatecznie zrezygnowaliśmy z przejazdu przez Szwajcarię z uwagi na to, iż wydłużyłoby to nasz przejazd i oczywiście podrożyło (autostrady, tunele, mosty). Jedziemy przez Niemcy do Fracnji.

24 czerwca

Wyruszamy kilka minut po ósmej z osiedla Przemka. Jeszcze tylko podjedziemy na stację zatankować i w drogę. Na stacji pierwszy problem. Przemek był tak podekscytowany wyjazdem, że stawiając motocykl zapomniał rozłożyć stopkę - efekt wiadomy. Przeliczył się z siłami próbując samemu podnieść GS-a i coś zrobił sobie w łydę (jakieś nadwyrężenie). Zakupy w aptece i w końcu kilka minut po dziewiątej ruszamy z jednym kulawym. Założyliśmy sobie, że dojedziemy do Francji. Pierwsza część drogi szła nam bardzo ciężko, szczególnie we znaki dawała się tylna część ciała. Na pierwszym postoju po niemieckiej stronie spotkaliśmy Niemca samotnie podróżującego na Hondzie Pan European. Zjechał chłop całą wschodnią część Europy i wracał już do domu. Przejazdu przez Niemcy nie można zaliczyc do jakiś wydarzeń - ot jazda ze stałą prędkością po równej drodze tyle, że pod wiatr. Tak nawiasem - kto to widział żeby pobudować tyle autostrad w szerz i wzdłuż kraju, że właściwie nie da się inaczej jechać jak autostradą i to jeszcze za darmo. Około 21.30 dojechaliśmy w okolice Strasburga i trafiliśmy na hotel sieci F1. Nic szczególnego, ale za 17 euro można się wykąpać przespać i zjeść francuskie śniadanie ( www.hotelf1.com ).
Dzisiejszego dnia przejechaliśmy około 820 km. Benzyna w Niemczech około 1,60 euro.

25 czerwca

Dziś postanowiliśmy zjechać z autostrady i popodziwiać francuskie pejzaże. Wyruszyliśmy skoro świt czyli o 8.30. Jeszcze około godziny jechaliśmy autostradą, aby zjechać na drogę krajową nr 83. Poszukiwania tej drogi zajęły nam kolejną godzinę, a to ze względu na to, iż na zjazdach z autostrady podane są tylko nazwy miejscowości bez numeru drogi i bez dokładnej mapy, której wówczas jeszcze nie posiadaliśmy trafienie w drogę, którą by się chciało nie jest łatwe. W końcu udało się i jechaliśmy w kierunku Mulhaus dalej Belfordu, Besancon i do Bourg en Bresse, gdzie zjechaliśmy na drogę nr 75 prowadzącą do Grenoble. Założenie było takie, że dojedziemy za Grenoble i to ze 100 km – przeliczyliśmy się. Zatrzymaliśmy się na kempingu położonym nad jeziorem około 40 km przed Grenoble. Nasze złe kalkulacje wzięły się stąd, że nie uwzględniliśmy faktu, iż teren będzie już lekko górzysty, a drogi kręte. Warto jednak było zjechać z autostrady: po pierwsze dlatego, że mogliśmy się cieszyć wspaniałymi francuskimi krajobrazami z bajkowymi wioskami i miasteczkami przez które przejeżdżaliśmy, a po drugie jest to fantastyczna trasa do jazdy motocyklem: pagórki, mnóstwo zakrętów i znikomy ruch samochodów.

Odległość jaką pokonaliśmy tego dnia to około 500 km. Ceny benzyny od 1,40 do 1,60. Drożej jest na autostradach i w miejscowościach położonych np. w górach na odludziu.

26 czerwiec
 
Dzisiejsze postanowienie to dotrzeć do Cannes (na luzie – tylko niewiele ponad 300 km), a może dalej. Wyruszyliśmy oczywiście skoro świt – 8.30. Do Grenoble dotarliśmy dość szybko mimo,  że winki było już sporo. Z Grenoble do Cannes wiedzie droga nr 85 i jest to najpewniej miejsce motocyklistów. Niezliczone ilości motocyklistów z całej Europy, a również z USA przewija się tą drogą, właściwie lewa ręka pozostaje bez przerwy w górze. Mieliśmy świadomość, iż jest to trudny teren choćby z informacji o katastrofie polskiego autokaru w tym rejonie ( swoją drogą trudno sobie wyobrazić jak na te drogę można wjechać autokarem). Kilkanaście kilometrów za Grenoble zaczynają się takie winkle, że dotarcie podnóżkiem czy stopką o asfalt jest normą.  Do miejscowości Digne les Bains wszystko szło dobrze, a kilkanaście kilometrów dalej okazało się, że droga nr 85 jest zamknięta i został wyznaczony objazd.
Objazd miał – jak wynikało z prowizorycznego znaku – 7 km. Niestety z 7 zrobiło się chyba ze 40 i to drogami na których byliśmy w stanie przyjechać 30 km w ciągu godziny. Objazd prowadził drogami 907 i 953 do Riez, a następnie 952 do Castellane. Mimo, iż objazd ten spowodował, że do Canes dotarliśmy dopiero wieczorem to nie żałowaliśmy. Cannes straciło swój blask bo widokach jakie mieliśmy okazję podziwiać na wspomnianej pętli (kilka zdjęć w galerii) . Cannes jak to ktoś powiedział jest świątynią próżności i coś w tym chyba jest. Odnotowania warte są dwa fakty: brylowaliśmy na czerwonym dywanie i spali na plaży.
Przejechaliśmy około 370 km.

dsc_0310.jpg
 
27 czerwiec
 
Dziś znów przeliczyliśmy dystans. Zakładaliśmy dojazd do Barcelony, a dojechaliśmy do Perpignan – zabrakło 200 km, a  to za sprawą pewnego żandarma i jego światowej sławy. Otóż zachciało nam się odwiedzić  St. Tropez co wszystkim normalny ludziom odradzamy. Po pierwsze, aby tam dojechać należy się liczyć z korkiem jak w szczycie sezonu z Gdyni na Hel, a po drugie widzieliśmy po drodze miasteczka ciekawsze i ładniejsze. Jedyne co St. Tropez odróżnia od pobliskich miasteczek to klasa jachtów stojących na redzie i w porcie. Na dojazd i wyjazd ze sławnego miasteczka straciliśmy około 3 godzin dlatego jesteśmy jeszcze we Francji.   Po walce w korkach z Canes do St.Tropez i wyjeździe z cypelka, na którym znajduje się St. Tropez postanowiliśmy dziś nadgonić dystans autostradą i tylko dzięki temu jest zaledwie kilka kilometrów przed granicą Hiszpańską. Zatrzymaliśmy się w Perpignan w hotelu sieci Etap www.etaphotel.com  . Mimo niedogodności związanych z korkami trzeba przyznać, iż droga 559 wiodąca z Canes do St. Tropez ma swoje walory.
Dziś przejechaliśmy ponad 500 km

p.s. Przemek ma spuchnieta noge, ale daje rade.

dsc_0399.jpg

28 czerwiec

Zaspaliśmy troszkę - zanim zjedliśmy  śniadanie i się wyszykowali była 10. Potem szukaliśmy jeszcze stacji benzynowej bo jak jest potrzebna to jej nigdy nie ma. Po zatankowaniu ruszyliśmy w kierunku Hiszpanii drogą nr 900. Początek był obiecujący bo ruchu nie było i szło nieźle. Okolice granicy francusko – hiszpańskiej to terem górzysty, a do tego ruch samochodów wzmagał się i zaczęła się męka. W Hiszpanii zdołaliśmy poza autostradą przejechać zaledwie kilkadziesiąt kilometrów i wskoczyliśmy na autostradę. Na drodze równoległej do autostrady ciągnęły całe tabory TIR-ów, których w żaden sposób nie można było wyprzedzić i stąd dalsza droga do Barcelony autostradą. Oczywiście w Barcelonie jadąc na żywioł zamotaliśmy się i wykręciliśmy banana wokół Barcelony wjeżdżając od południa. Mieliśmy plan, że wsiądziemy na prom do Maroko. Najbliższy był dopiero w niedzielę. Wprawdzie na Baleary był wieczorem, ale nikt nie był w stanie nam powiedzieć czy z Balearów będziemy mieli prom do Maroko lub przynajmniej do Malagi. Zdecydowaliśmy, że pojeździmy po Barcelonie i jedziemy na południe.  Odwiedziliśmy główny deptak La Rambla i krążąc uliczkami zatrzymaliśmy się przy  pozostającej w ciągłej budowie katedrze Sagrada Familia. Jeżdżąc ulicami Barcelony musieliśmy zrobić przerwę żeby nie zagotować motocykli. Na koniec odwiedziliśmy jeszcze Camp Nou i ruszyliśmy na południe w poszukiwaniu noclegu. Chcieliśmy zanocować w Roda de Bara na znanym nam kampingu Baya de Bara jednak okazało się, że nie ma tam wolnych domków, a za dwa namioty zażyczyli sobie 92 euro. Kąt 

do spania w bardzo przyzwoitej cenie znaleźliśmy na sąsiednim kampingu „Arc”( WWW.campingarcdebara.com ). Okazało się, że właściciel jeździ HD i dlatego nasze motocykle miały pobyt w gratisie. Na terenie kampingu jest nawet knajpka, w której jak wynika z zamieszczonych tam zdjęć i plakatów bywają motocykliść.

Tego dnia przejechaliśmy sporo ponad 300 km uwzględniając jazdę po Barcelonie. Podkreślić należy, iż w Hiszpanii jest taniej niż we Francji – wszystko. Benzyna kosztuje 1,30 euro.

dsc_0643.jpg

29 czerwiec

Wstaliśmy o przyzwoitej porze, a że do plaży z kampingu było 60 metrów więc poszliśmy popływać. Potem śniadanie, kawka i zrobiła się 12.15. Wskoczyliśmy na autostradę i na południe. Minęliśmy Walencję i zajechaliśmy do Alicante. Jest tam spory port i mieliśmy nadzieję, że uda nam się złapać prom w okolice Gibraltaru po stronie marokańskiej. Znaleźliśmy terminal i zaczęliśmy rozpytywać kobietę, która jako jedyna wyglądała na miejscową. Cały terminal to enklawa arabska. Nie było tam ani jednego europejczyka, a wnętrze terminala przypominało dworzec Warszawa Wschodnia na początku lat dziewięćdziesiątych. Można by rzec, że zaliczyliśmy Algierię bo właśnie tam tylko odchodziły promy. Pani wytłumaczyła nam, że nie mamy co liczyć w innych miastach na prom do Maroko i musimy zjechać na sam dół Hiszpanii do Albaciras, gdzie kursuje do piętnastu promów dziennie. Było już trochę późno więc 30 km za Alicante znaleźliśmy kamping i zostaliśmy na noc www.campingmarjal.com .  Na jutro ambitny plan – 700 km.

Dziś przejechaliśmy około 500 km.

p.s. Przemek znów sie siłował z GS-em i znów mu coś strzeliło w nodze.

dsc_0465.jpg

30 czerwiec   

Wyruszyliśmy z postanowieniem, że dojedziemy do Albaciras i udało się. Drogi znakomite i w większości bezpłatne. Trzeba tylko pamiętać, że aby nie płacić za autostradę należy kierować się na te oznaczone literą A, oznaczone literami AP są drogami płatnymi. Pogoda do jazdy nam sprzyjała ponieważ niebo było pochmurne i słońce nie dogrzewało jak poprzedniego dnia. Za Walencją droga prowadziła górzystym terenem wzdłuż wybrzeża z kapitalnymi widokami. 

Na miejsce dotarliśmy przed dwudziestą i mogliśmy przeprawić się jeszcze ostatnim promem do Ceuty. Jednak w związku z tym, iż nasze plany są niesprecyzowane i nie wiadomo jak będziemy wracać postanowiliśmy zobaczyć Gibraltar. Gibraltar to wielka góra u stóp, której wybudowano miasto. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu więc zdołaliśmy objechać część góry i wyjechać do połowy jej wysokości skąd rozciągał się widok na Gibraltar, Albaciras i cieśninę. Ciekawostką w Gibraltarze jest pas startowy na lotnisku przez środek przecięty drogą wjazdową do Gibraltaru. Na czas startu i lądowania samolotów droga przy przejściu granicznym jest zamykana. Po wizycie w Gibraltarze około 22.00 zaczęliśmy szukać noclegu. Nie wyglądało to dobrze bo byliśmy w okolicach przemysłowo portowych i z poprzednich wyjazdów mieliśmy złe doświadczenia jak późno zaczynaliśmy szukać noclegu. Tym razem szczęście nam dopisało i jakieś 10 km przed Albaciras tuż przy autostradzie znaleźliśmy przyzwoity hotel z klimatyzacją za 19 euro od osoby www.casabernardo.net .
 
dsc_0534.jpg

01 lipiec

Znów pospaliśmy do 8.30, poranna kawka i wyruszyliśmy do portu – jakieś 15 km. Promy do Ceuty Są właściwie co godzinę trzeba tylko wybrać biuro w którym się kupi bilet i jest to o tyle ważne, że rozbieżność w cenie na ten sam prom jest spora i wynosi od 42 do 72 euro. Bilet można również kupić na stacjach czy parkingach już kilkadziesiąt kilometrów przed Albaciras, ale nie warto bo też najtaniej nie jest. Bilety kupiliśmy w Porcie w ostatniej chwili i o godzinie dwunastej ruszyliśmy przez Cieśninę Gibraltarską. Widoczność była taka sobie, a Gibraltar w chmurze wyglądał jak wulkan w czasie erupcji. Po około godzinnym rejsie podczas którego widzieliśmy pluskające się delfiny byliśmy już w Afryce - choć jeszcze w Hiszpanii. Przed nami gwóźdź dnia – przeprawa przez granicę z Maroko. Trochę czytaliśmy o tym i wszystko się potwierdziło. Tuż przed granicą stoi cała chmara pomagierów, którzy oferują pomoc przy przeprawie. Z ich usług nie należy korzystać. Przejechać trzeba Hiszpańskie przejście i tam są pomagierzy poukładani z policjantami, którzy za 10 euro wepchną w kolejkę na początku, wypełnią kwity i nie ma żadnego problemu z przeprawą. Chcąc samemu próbować potrwałoby to 2-3 godziny w pełnym słońcu (około 45 stopni) słońcu (około 45 stopni) i trudno przewidywać skutek. Pomagierzy stojący za przejściem hiszpańskim muszą być poukładani z policjantami ponieważ jeden z policjantów zauważył, że nie mamy do nich zaufania i nie jedziemy tam gdzie nam pokazują – czyli na początek kolejki. Podszedł i pokazał nam żebyśmy drogą dla pieszych pojechali na początek. Potem pomagier wypełnia żółty kwit i z paszportem oddaje się go w jednym okienku – wbijają stempel do paszportu. Następnie pomagier wypełnia drugi kwit na motocykl w trzech kolorowych egzemplarzach i z tym kwitem i dowodem rejestracyjnym idziemy do następnego okienka. Kwit oddają w dwóch egzemplarzach i trzeba je mieć przy wyjeździe bo inaczej będą kłopoty. Jak już mamy to wszystko to podjeżdżamy do kontroli paszportu i jesteśmy za granicą. Jeszcze tylko „podziękowanie” od każdego dla pomagiera i można jechać. Wszystko trwało około godziny. Za granicą chcieliśmy sobie zrobić zdjęcie z całą masą taksówek – białych mercedesów beczek z lat osiemdziesiątych, ale w momencie kiedy zaczęliśmy mierzyć obiektywem kilka osób na nas naskoczyło, że nie wolno. Nie wiemy dlaczego. Ruszyliśmy w drogę. Plan był taki, że zrobimy małą rundkę i w sobotę będziemy leżeć. Pojechaliśmy na południe do Tatuanu, a następnie na zachód na wybrzeże Atlantyku do miejscowości Asilah, gdzie zakotwiczyliśmy w hotelu Al Khaima www.hotelalkhaima.com -25 euro ze śniadaniem. Mieliśmy zostać w nim dwa dni i za tyle zapłaciliśmy bo hotel na pierwszy rzut oka wyglądał ok. – nawet ma basen. W pierwszym pokoju gdzie chcieli nas zakwaterować było rozwalone łóżko, w drugim nie działała Klima, w trzecim nie działał telewizor. Teraz jesteśmy w czwarty, ale za drugą noc odebraliśmy pieniądze i nie wiadomo czy jutro pozostaniemy tu na noc.

Dziś przejechaliśmy dystans jak wokół domu około 200 km. Ceny znacząco niższe: benzyna około 1 euro, obiad z kawą 7 euro. Przy drodze kupiliśmy dwukilogramowego melona za niecałe euro ( 10 drahm).
 
dsc_0558.jpg
02 lipiec

Dziś nie ruszamy motocykli. Do południa plaża i kapiele w Atlantyku, a po południu hotelowy basen -jednak zostaliśmy.
I tak jak zaplanowaliśmy motocykle przez cały dzień nie były ruszane, a my odpoczywaliśmy na plaży i przy basenie.
Wzdłuż północnej części wybrzeża przejechaliśmy w piątek około 50 km. Nastawieni byliśmy na to, że blisko Europy będzie tu mocno rozbudowana infrastruktura turystyczna. Okazało się, że jest, ale w planach. Jadąc między Asilah, a Tangerem widzieliśmy kilkanaście sporych rozpoczętych inwestycji hotelowych na których nic się nie działo. Stały wprawdzie żurawi ale widać, że inwestycje nie posuwają się do przodu. Kiedy w niedzielę wracaliśmy do Tangeru jacyś ludzie kręcili się po budowach, ale bez żadnego sprzętu ciężkiego. Ponadto ta część wybrzeża to bieda. Przy drodze widać koczowiska ludzi mieszkających w namiotach zrobionych ze wszystkiego co się do tego nadawało oraz w budyneczkach pozlepianych z czego się dało. Wybrzeże jest zupełnie nie zagospodarowane choć miejscowych na plażach trochę jest.  Jedynym miejscem na tym odcinku gdzie można się zatrzymać i coś zjeść jest Asilach. Są tu dwa hotele i kilka restauracji, ale gdyby ktoś chciał zjeść na plaży to jedynie obwarzanki, które roznoszą plażowi sprzedawcy. Asilach tętni życiem po godzinie 22 kiedy robi się ciemno. Ludzie spacerują promenadą całymi rodzinami, bardzo dużo młodzieży – chodzą, siedzą przy plaży popijając świeże soki z owoców wyciskane na ulicznych straganach, a także siedzą w restauracjach i celebrują nocny posiłek. Ciekawostką jest lokalna komunikacja za pomocą taxi. Otóż taxi jadąc z punktu A do punktu B zabiera po drodze innych pasażerów stojących przy drodze i standardem jest obsada: kierowca plus dwóch pasażerów z przodu i czterech pasażerów z tyłu ( w mercedesie beczce).

dsc_0599.jpg

03 lipca

Jest godzina 10 naszego czasu. Po śniadaniu i kawie ruszamy do Tangeru. Godzinna podróż z wizytą na stacji benzynowej i jesteśmy w porcie. Tu oczywiście kilkadziesiąt metrów przed portem znów cała chmara pomagierów. Ignorujemy ich i wjeżdżamy do portu zatrzymując się przy ciągu biur sprzedających bilety przed samym przejściem granicznym. Tu również pomagierzy wskazują nam miejsca postojowe, oferują pomoc w wypełnieniu żółtej kartki. W związku z faktem, że nie ma kolejki stanowczo im dziękujemy za usługę. Pod żadnym pozorem nie można od nich wziąć żółtej kartki bo się nie odczepią. W tutejszych biurach podobnie jak w Hiszpanii znaczna rozpiętość cenowa. Przeszliśmy przez wszystkie i wybrali najtańsze – około 50 euro. Podczas zakupu biletów wypełniliśmy żółte kartki i do odprawy. Procedura była identyczna jak przy wjeździe i bez żadnych problemów wjechaliśmy na prom. Właśnie płyniemy do Tarify w Hiszpanii skąd zamierzamy kierować się do domu. Po zejściu z promu jedziemy w kierunku Sewilli. Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów to jazda wśród setek wiatraków i walka z wiatrem wiejącym od oceanu. W okolicach Sewilli okazało się,  że w kierunku północnym jest darmowa autostrada i tak dotarliśmy do Plasencii. Mieliśmy zatrzymać się wcześniej, ale okazało się - jak zwykle zresztą - że na znalezienie noclegu potrzebujemy co najmniej dwóch godzin i przejeżdżamy wówczas jeszcze ze 100 km. To taka dziwna prawidłowość, że przez cały dzień mijamy hotele, a jak jest jakiś potrzebny to nie ma. Tego dnia przejechaliśmy ponad 600 km i zatrzymaliśmy się w Hostelu La Muralla w Plasencii na ul. Berrozana 6 - brak strony internetowej, tel 927 41 38 74.

dsc_0621.jpg

04 lipca

Wyjechaliśmy dość późno bo postanowiliśmy pokręcić się po Plasencii. Miasteczko naprawdę godne uwagi. Założone prawdopodobnie w średniowieczu i obecnie mardzo miłe, Z Plasencii ruszyliśmy około południa i jazda nam zupełnie nie szła. Po około 100 km trzeba było zatankować i okazało się, że w jednym motocyklu trzeba było poprawić hamulce. Troszkę nam zeszło, ale przy okazji w miłej miescowej knajpce, której właściciel był spadochroniarzem z cyvil guardia, zjedliśmy lekki lunch. Potem zjechaliśmy z autostrady żeby zrobić zdjęcie z bykiem i pogubiliśmy się. Najpierw zginął nam Przemek, a my wjechaliśmy nie w tę autostradę co trzeba. Godzina w plecy. Na dobre jechaliśmy dopiero od szesnastej i z jednym postojem zrobiliśmy ponad 400 km. Dojechaliśmy do San Sebastian przed francuską granicą. Noc spędziliśmy w hotelu Errekaldewww.errekaldehotela.com 72 euro za pokój dwuosobowy. Drogo, ale nie mieliśmy wyjścia bo zrobiło się już ciemno. Hotel zupełnie nowy, a pokoje które dostaliśmy nie były jeszcze używane.

dsc_0641.jpg
5 lipiec

Spaliśmy do dziesiątej ponieważ noc była krótka. Wyjechaliśmy około południa niespiesząc się bo Francje rozłożyliśmy na dwa dni. Zatrymaliśmy się jeszcze na granicy z Francją, gdzie było mnóstwo sklepów ze wszystkim, a szczególnie z alkoholami w olbrzymich butlach - o dziwo bardzo tanio. Granicę przekroczyliśmy po trzynastej i wolno jechaliśmy w kierunku Bordeaux. Wolno ponieważ za granicą jedzie się drogą lokalną z rondami co 2 - 3 kilometry, załadowadowaną autami i ciężarówkami. Dopiero po 60 km wjechaliśmy na krajówkę N 10 i następne 140 kilometrów przejechaliśmy dość szybko. W Bordeaux musieliśmy sforsować kilku kilomertowy korek bo na autostradzie doszło do wypadku TIRa z samochodem osobowym. TIR oczywiście był Portugalski. Oczywiście dlatego, że trudno spotkać gorszych kierowców niż portugalscy tirowcy, nawet można rzec  chamskich. Na autosradzie zajeżdżają drogę, urządzają wyścigi słoni, a na drodze jednojezdniowej nie ma opcji, aby zjechali trochę i zrobili miejsce w przeciwieństwie do innych kierowców. Mieliśmy przypadek, że dwóch Portugalczyków ustawiło się swoimi krowami na obu pasach i nie chcieli nas przepuścić - nie przewidzieli tylko, że jednośladem można ich myknąć awaryjnym. Z Bordeaux zjechaliśmy na drogę N 89 i dojechaliśmy do miejscowości Boulazac. Przejechaliśmy około 400 km - trochę mało bo jutro do niemieckiej granicy czeka nas ponad 700. Śpimy w F1.

06 lipiec

Nasze silne postanowienie, że dotrzemy dziś do niemieckiej granicy zostało zweryfikowane już z samego rana ponieważ wstaliśmy trochę późno. Po śniadaniu spakowaliśmy się i postanowiliśmy jechać jeszcze w wersji odzieżowej mocno letniej. Kiedy tylko ruszyliśmy zaczęło kropić by po chwili zaczęła się ulewa. Staneliśmy w Mc Donalds gdzie przezbroiliśmy sie w odzież na nasze polskie warunki i około południa ruszyliśmy. Mieliśmy świadomość, że granica niemiecka jest właściwie nieosiągalna po pierwsze dlatego, że mało czasu, a po drugie postanowiliśmy omijać drogi płatne (wychodzą mniej więcej tyle co paliwo). Nie mniej udało nam się dojechać do Besancon. Przejechaliśmy około 650 km i do Legnicy na dzień jutrzejszy pozostało nam około 1050 km.

07 lipiec

Dziś notka krótka, choć droga najdłuższa jak na jeden dzień. Wyjechaliśmy - jak na nas- bardzo wcześnie o 8.30. Przed dziesiątą byliśmy w Niemczech, a o 21.00 w Legnicy u Przemka w domu. Przejechaliśmy około 1050 km.

08 lipiec

Rozjeżdżamy się do domów. Oprócz Przemka mamy jeszcze od 400 do 500 km jeszcze, ale co to jest. Uwzględniając naszą trasę od wyjazdu z Legnicy i powrotu do Legnicy przejechaliśmy blisko 8 tys. kilometrów. Podkreśliś trzeba, iż wszystkie motocykle spisały się wyśmienicie i przejechały ten dystans bez żadnych defektów jedynie z małymi dolewkami oleju co przy wysokich temperaturą nie jest dziwnym zjawiskiem. Jedyna strata to utrata osłony tłumnika (tej mniejszej) w drag starze, która odkręciła się na autostradzie i bezpowrotnie zaginęła.
Pozostało nam oczekiwać na następny Tour w roku 2012. Dokąd się udamy? Jeszcze do końca nie wiadomo, ale pewnie po jekimś wspólnym spotkaniu w Staszowie coś postanowimy i nasze postanowienia znajdą się w zakładce z planami